Wnet po zawarciu pokoju schoenbruńskiego wszczęte zostały w Petersburgu z inicjatywy i pod kierunkiem osobistym cesarza Aleksandra nader znamienne rokowania poufne z Francją względem zawarcia formalnej antypolskiej i antywarszawskiej konwencji francusko-rosyjskiej. Taka konwencja miała rzekomo położyć tamę groźnemu wezbraniu zapędów odnowicielskich polskich, ujawnionych w czasie minionej kampanji, dostarczyć poręki w pierwotnym ograniczającym duchu tylżyckim, wzamian za nadmierny jakoby przyrost, przyznany Księstwu przez świeży traktat schoenbruński. Mała, słowem, zabezpieczyć Rosję raz na zawsze przeciw odbudowaniu Polski wogóle, a dalszemu rozwinięciu Księstwa w szczególności. Miała tym sposobem przywrócić i utrwalić szczęśliwą harmonję sprzymierzeńczą między Napoleonem a Aleksandrem. W gruncie rzeczy jednak te rokowania petersburskie miały na celu wydobycie od Napoleona zobowiązań wyraźnych, kompromitujących go nieodwołalnie wobec opinji polskiej, która ledwo ochłonęła od dotkliwych zastrzeżeń, [ rzuconych przez niego strapionym wysłańcom galicyjskim, która była poniekąd zniechęcona otrzymanym z jego ręki połowicznym wynikiem pokojowym, a która niezawodnie zostałaby całkiem do niego zrażona na wypadek jego zgody na podsuwaną mu konwencję.
Układając w takiej mianowicie wytycznej poszczególne warunki żądanej od Napoleona umowy w sprawie polskiej, nie przepomniano też w Petersburgu o osobie Poniatowskiego. Z jednej strony, od czasu kategorycznej odmowy, udzielonej przez Księcia na uczynione mu niedawno śliskie propozycje krakowskie, stracono te przyjemne złudzenia, jakie żywiono względem niego jeszcze z czasów puławskich. Z drugiej strony, jeśli odtąd wystrzegano się go pilnie, przecie tym bardziej życzono sobie pozyskania go za jaką bądź cenę, a zarazem tym bardziej starano się doprowadzić do radykalnego odstręczenia go od Napoleona. Tym sposobem pośród warunków, postawionych posłowi francuskiemu Caulaincourtowi przez kanclerza rosyjskiego Rumiancewa w przedmiocie projektowanej konwencji, umieszczono także na miejscu wybitnem formalne żądanie, iż Poniatowski nie będzie mógł nigdy zostać namiestnikiem Księstwa Warszawskiego. Napoleon napozór wdał się powolnie w te układy i dopuścił do zredagowania konwencji w styczniu 1810 r. Poczem nagle rozrzucił karty, odmówił ratyfikacji, obrócił się ku Austrji, poślubił arcyksiężniczkę austrjacką. Stanął teraz w niezawisłej postawie, wyczekującej względem Rosji, zachowując w swym ręku nienaruszoną a niezbędną obronno-zaczepną broń sprawy polskiej. Od tej chwili stosunek między Francją a Rosją wszedł w chroniczny stan wysokiego i coraz potęgującego się naprężenia, skąd po dwuletniej już tylko pauzie wystrzelić musiał piorun wielkiej wojny o Polskę.
Te dwa lata chmurnego napięcia przed burzą musiały z samej natury położenia zaciążyć przedewszystkiem na Księstwie Warszawskiem, przeznaczonem do wyładowania nieuniknionego wojennego wybuchu. Zarazem we własnym interesie samozachowawczym i w charakterze najdalszej awangardy napoleońskiej, wystawionej niechybnie na pierwszy ogień, musiało ono dotąd więcej niż kiedykolwiek ześrodkować wszystkie siły na podniesienie swojej zbrójności. Urosły też odtąd niepomiernie obowiązki ministra wojny a naczelnego wodza. Wzmogła się nadzwyczajnie jego odpowiedzialność osobista. Rzeczą najpilniejszą była zasadnicza reforma wadliwej pod niejednym względem organizacji ogólnej wojska. Brana pod uwagę jeszcze w przededniu ostatniej wojny, obecnie stała się ona nieodzowną wobec znakomitego rozrostu tery torjum Księstwa. Odpowiedniemi czynnościami reorganizacyjnemi zajął się Poniatowski jeszcze podczas pobytu w Krakowie po zawarciu pokoju, więc po ustaleniu zatrzymanych nabytków galicyjskich i zwiększonej tym sposobem stałej podstawy poborowej. Rozkazem dziennym z końca listopada 1809 r., zamiast dotychczasowego trójpodziału legjonowego, zaprowadził prowizoryczną formację całego wojska w dwóch wielkich dywizjach, liczących po pięć brygad, każda pod dowództwem Zajączka i Dąbrowskiego.
Kiedy następnie dekretem królewskim z początku grudnia t. r. liczebność wojsk Księstwa na stopie pokojowej oznaczoną została nominalnie na 60 tysięcy ludzi, można było przystąpić do organizacji ostatecznej. Po kilkutygodniowych jeszcze pracach przygotowawczych za powrotem do Warszawy, udał się Książę w lutym 1810 r. do Drezna, z wygotowanym w tej mierze szczegółowym projektem, który niebawem za jego tutejszej bytności na mocy dekretów królewskich z marca t. r. uzyskał sankcję prawodawczą. Całe Księstwo Warszawskie podzielone zostało na cztery okręgi wojskowe pod dowództwem czterech generałów dywizji komenderujących. Dwa były okręgi pierwszej klasy, obejmujące po trzy departamenty: warszawski, płocki, łomżyński i poznański, kaliski, bydgoski, z kwaterą główną w Warszawie i Poznaniu; oraz dwa drugiej klasy, obejmujące po dwa departamenty: lubelski, siedlecki i radomski, krakowski, z kwaterą główną w Lublinie i Radomiu.
Podczas tego pobytu w Dreźnie bez trudu usunął Poniatowski wszelkie ślady owych niesłusznych obaw i podejrzeń, jakie z powodu rzekomych jego ambicji królewskich umiano zaszczepić w sercu Fryderyka-August a podczas minionej wojny. Zacny monarcha przywrócił mu odrazu całą dawną ufność. Pragnął nawet obdarzyć go odznaczeniem wyjątkowem i mianować feldmarszałkiem saskim, wedle starego precedensu Fleminga, który ongi za Augusta II był łączył taką rangę z regimentarstwem w Rzpltej. Jednak skutkiem wątpliwości, z natury politycznej pochodzących, jak się zdaje, ze strony Napoleona, porzucono myśl tej nominacji, mniej zresztą pożądanej dla samego ks. Józefa.
Powróciwszy w początku kwietnia t. r. do Warszawy, wydał Książę w dzień pierwszej rocznicy bitwy raszyńskiej gorącą odezwę do wojska. W krótkich i silnych wyrazach oświadczał tu żołnierzowi „wdzięczność króla i ojczyzny", wzywał do -wytrwania i otwierał „choćby nieprędko" widoki
„nowego wawrzynu". W początku maja t. r. pospieszył na spotkanie Fryderyka-Augusta, wraz z królową i królewną przybywającego do kraju, celem objęcia osobiście w posiadanie nowonabytych dzielnic. Pośrodku departamentu krakowskiego, na zdobytej przez siebie ziemi, przy bramie tryumfalnej w Bro-nowicach witał Książę szanownego monarchę. Okazywał mu z lojalnym naciskiem wszelkie oznaki należnego hołdu. Jechał konno przy jego karecie, eskortując go do Krakowa. Poczem dyskretnie usunął się na stronę, unikając nawet pozoru zaćmiewania króla swoją osobą wobec nowych poddanych. Po przybyciu następnie Fryderyka-Augusta do Warszawy oczekiwał go znowu ks. Józef w Czerniakowie i konno wprowadzał do stolicy. Odbywał przed nim następnie piękny przegląd wojska na polu pod Wolą, okazywał mu udoskonalenia, poczynione w arsenale i innych zakładach wojskowych, woził go do Modlina dla przedstawienia postępów wznoszącej się ważnej warowni.
Równocześnie nie przerywał głównej odtąd swojej roboty koło urzeczywistnienia i rozwinięcia zawartej w dekretach marcowych doniosłej reformy wojska. Urządziwszy na nowych jednolitych zasadach biura ministerjum wojny i sztabu głównego, zabrał się energicznie Poniatowski do wszechstronnej reorganizacji i skompletowania broni. Zwracał przytem, skutkiem ponawianych zaleceń Napoleona, szczególną uwagę na bronie specjalne, korpus artylerji i inżynierów, jakoteż na przyspieszenie rozpoczętych robót fortyfikacyjnych. Wszystko to jednakowoż wymagało nader znacznych, zastraszająco ro-snących, nakładów pieniężnych. Koszta ogólne utrzymania wojska wyniosły wr r. 1810 około 40 miljonów złp., w następnym r. 1811 dosięgły już blisko 50 miljonów, a większych jeszcze ofiar wymagać będzie fatalny rok wojenny 1812. Pomnożył się tym sposobem gwałtownie, w czwórnasób i wyżej, skromny jedenastomiljonowy budżet wojenny, preliminowany pierwotnie, w 1807 r., przez Poniatowskiego jako poczynającego dyrektora wrojny. Lecz i niniejsze, o tyle wyższe, preliminarze ministra nie były wygórowane bynajmniej, b3rły tylko przystosowane do wyższego przymusu okoliczności. Raptowny przyrost wydatków jak najdokładniej odpowiadał niezwykłej a koniecznej aukcji wojska i nieodbitym potrzebom ciągłej w czasie pokoju gotowości zbrojnej.
Zapewne, było to z uciążliwością okrutną dla zbiedzonego kraju. I zapewne łatwo tam było biadać z goryczą po ówczesnych politykujących salonach warszawskich, uskarżać się zjadliwie w opozycyjnych kółkach sejmowych, albo najlepiej, poufnie gderać przed potomnością w surowych pamiętnikarskich relacjach na rozrzutną, niepraktyczną, wadliwą administrację kochanego, bohaterskiego, ale pono w rzeczach administracyjnych zbyt swobodnego, zbyt łatwego, Księcia-ministra. Tej rzekomej karygodnej łatwości nie widać wcale w aktach. Widać przeciwnie, że on prowadził osobiście czujną kontrolę we wszystkich głównych gałęziach rozchodowych, że okazywał przykładną dbałość o ciągłe dostosowanie budżetu wojennego -do istotnej miary zarówno potrzeb armji, jak możności kraju. W szczegółach gospodarczych mogły być i były błędy, nawet poważne, — rzecz nie dająca się uniknąć przy ustawieniu i puszczeniu w ruch tak ogromnej i złożonej machiny, jaką była pierwsza prawdziwa, stała armja polska. Na ogół jednak gospodarka budżetowa Poniatowskiego w wydziale wojennym była ścisła, sumienna, porządna.
Zresztą, jeśli chodzi o krytykę 50-miljonowego budżetu wojskowego pod ks. Józefem dla 60-tysięcznej armji Księstwa Warszawskiego, należałoby koniecznie pamiętać, iż dla dwa razy mniejszej, 30-tysięcznej armji Królestwa Kongresowego przeciętny budżet wojskowy wynosił 30 miljonów złp. pod znaną z surowości rachunkowej administracją W. Ks. Konstantego. Zaś nadomiar trzeba by przytem uwzględnić niektóre duże nakłady wyjątkowe, zwłaszcza fortyfikacyjne i mobilizacyjne, wypadające na niekorzyść Księstwa w porównaniu z Królestwem. Godzi się także zaznaczyć, że ze wszystkich pozycji wydatkowych pod rządami Poniatowskiego najmniej podniosły się koszta utrzymania ministerjum wojny, wyrachowane nader oszczędnie, nie przekraczające nigdy stałej kwoty trzechkroć-kilkudziesięciu tysięcy złp. Sam ks. Józef zresztą z zasady nie podnosił nigdy dla siebie ze skarbu Księstwa swojej pensji ministra ani generała dywizji, zleciwszy raz na. zawsze przelewać ją na potrzeby wojska. Znaczne ministerjalne koszta reprezentacyjne, a częstokroć nawet służbowe, np. poufniejsze wywiadowcze, z własnej pokrywał kieszeni. Jedynie w r. 1813, jak widać z jego „rachunków percepty", za kilka miesięcy pobrał pensję jako dowódca korpusu na żołdzie francuskim. Za służbę dla swoich ze szczupłego grosza rodaków nie chciał być płacony..
A przecież jego osobiste stosunki materjalne w tych ostatnich latach życia nie były wcale świetne. Raczej nawet pogarszały się stale, gdyż pochłonięty nadmiarem obowiązków publicznych, nie miał on już teraz zupełnie czasu i głowy troszczyć się o swoją fortunę. Wypadło mu znowuż, jak w najkłopotliwszej dobie dawniejszej, wdawać się w długi bez końca i to nie na pohulanki, jak bywało dawniej, lecz na ciężkie służby powinne. Musiał pożyczyć znaczną kwotę w kwietniu 1811 r., żeby mieć na ostrzegawczą podróż do Paryża, tak ważną dla losów Księstwa. Podobnież wiosną 1811 r. musiał zapożyczać się na wszystkie strony, wystawiać obligi po kilkaset talarów, żeby mieć na wyprawę bojową do Moskwy. I jeszcze w końcu stycznia 1813 r., opuszczając po raz ostatni kraj i Warszawę, musiał zaciągnąć uciążliwe długi, żeby mieć co włożyć do trzosa na drogę wygnania i śmierci. Kiedy zaś nazajutrz po jego zgonie nieodstępny od jego boku osobisty kasjer obozowy, skrupulatny Józef Aksamitowski major, zamknie rachunki ostatniej jego kampanji, wtedy okaże się, że w kasie prywatnej Księcia — którego majątki w kraju były wtedy oddawna pod nieprzyjacielskim sekwestrem — nie było już nic, że on umarł jak ubogi bezdomny żołnierz, nie posiadając nic, prócz chyba trochy klejnotów, zaszytych podobno w ubraniu i utopionych w Elsterze.
Ale te sprawy swoje prywatne Książę-minister i wódz naczelny bez namysłu odrzucił zupełnie na plan ostatni, przestał dbać o nie zgoła, opanowany całkowicie wyższą troską o doniosłe potrzeby swego wydziału. A troskać się przychodziło coraz częściej, gdyż te potrzeby zwiększały się coraz bardziej, kiedy natomiast coraz mniej była w stanie za niemi nadążać ograniczona zasobność skarbu krajowego. Pokrycie budżetu wojskowego stawało się z każdym rokiem coraz trudniejszem zadaniem skarbowej sztuki ekwilibrystycznej. Żadna zaś sztuka administracyjna biur wojennych nie mogła skutecznie dać rady przy ciągłym niedoborze rzeczywistych wpływów bieżących.* Połowiczny środek ratunkowy, jakiego chwycono się w poprzednim okresie, zyskawszy mocą konwencji bajońskiej wzięcie części wojska Księstwa na żołd francuski, przy obecnym etacie zwiększonej w dwójnasób armji całkiem przestał wystarczać. W dodatku tę ulgę bardzo pożądaną, lecz w niniejszych warunkach niewiele stosunkowo ważącą na szali, jakże ciężkim haraczem krwi polskiej przychodziło okupywać. Z bolesnem uczuciem patrzył się Poniatowski na rannych, wyniszczonych, żołnierzy polskich, których jako niezdatnych do boju zaczęto od 1810 r. tłumnie odsyłać z Hiszpanji z powrotem do kraju. Pospieszył natychmiast wejść z gorącem, wstawienniczem za nimi, przełożeniem do Rady ministrów, „wzruszony smutnym ich stanem, kazawszy im zapłacić żołd za czas podróży z Hisz-panji do Warszawy i do miejsca urodzenia albo pobytu z po-' drożnią odesłać, a tych, którzy żadnego przytułku nie mają, do korpusu inwalidów dla pobierania żywności tymczasowie przywiązać, co uczynił także z ludźmi legjonu nadwiślańskiego, z Hiszpanji z żołdem odstawkowym przysłanymi". Nadto z uwagi, że „po większej części są to ludzie z urwanemi częściami ciała lub tak ranami skaleczeni, że do żadnej roboty przydać się nie mogą", przez usilne osobiste swoje starania u rządu i samego monarchy uzyskał minister wojny specjalny dekret królewski z marca 1811 r., zabezpieczający dożywotnio los tych nieszczęśliwych, bez oglądania się na zwykłe warunki kwalifikacyjne, przepisane dla inwalidów i weteranów.
Chroniczny brak funduszów w kasach wydziału wojennego pociągał za sobą dotkliwe trudności wr należytem opatrzeniu, wyżywieniu, opłaceniu wrojska. To zaś z kolei oddziaływało niepomyślnie na całą będącą w toku robotę organizacyjną, a w szczególności przyczyniało się do wywołania najopłakańszego zjawiska, do wzmożenia dezercji. „Znaczna dezercja wewnątrz kraju — donosił Radzie Stanu strapiony minister wojny latem r. 1811 — i niestawienie się napowrót wojskowych urlopowanych uszczupla znacznie liczbę wojska, przez co nigdy do postanowionego kompletu doprowadzonem być nie może, tylko przez zbyt częste pobieranie popisowych, co zawsze spo-kojność publiczną nadwerężając, szkodliwem staje się dla kraju". Wypadło z konieczności dawrniejszą w tym względzie uchwałę Komisji Rządzącej 1807 roku i dekret królewski 1808 r. uzupełnić i obostrzyć przez surowe przepis}r karne przeciw dezercji ze stycznia 1812 r. Właściwe źródło choroby nie dawało się usunąć. Uginała się ciągle postawa finansowa, szwankował ten kardynalny nerw rzeczy wojennych, w przeżywanym przez Księstwo stanie zbrojnego pokoju mający niemniejszeznaczenie, jak w czasie samej wojny. Zalegano z najpilniejszemi wydatkami, zalegano z żołdem, bo z wypłatami zalegał skarb. W podobnych wypadkach następny wódz naczelny wojska polskiego, W. Ks. Konstanty, będzie posyłał do Lubeckiego adjutanta Kurutę, aby odbić kasy i wziąć przemocą potrzebne pieniądze. Ks. Józef oczywiście nie używał takich sposobów na Matuszewicza. Wiedział dobrze, że tu nie winien minister skarbu; wiedział, że tak wynikało z fatalności położenia; więc radził sobie i łatał jak mógł, :a gryzł się i wysilał ponad wszelki wyraz.
Tymczasem pośrodku tych wszystkich aż nadto męczących kłopotów administracji wewnętrznej nagle został zmuszony Poniatowski obrócić najwyższe napięcie myśli ku nieskończenie donioślejszym zagadnieniom wielkiej polityki światowej. Losy Europy a razem sprawa bytu i niebytu Księstwa Warszawskiego i Polski dobiegały swego rozwiązania. Francja i Rosja powolnym, niemal mimowolnym, lecz niewstrzymanym dłużej krokiem schodziły naprzeciw siebie w szranki. Rozumiano już wszędzie, że żadna siła ludzka nie jest w stanie zażegnać żywiołowego starcia dwóch znoszących się nawzajem potęg Zachodu i Wschodu. W naprężonem oczekiwaniu wyglądano nieuniknionego pojedynku między Napoleonem a Aleksandrem. Cesarz rosyjski postanowił uprzedzić przeciwnika, śmiało cisnąć mu rękawicę, uderzyć na niego wiosną 1811 r. Chodziło o to, aby porwać za sobą Polskę, skoro Polska w gruncie rzeczy była główną sprężyną zatargu, przedmiotem przyszłej walki i nagrodą zwycięstwa. Tutaj w Polsce musiał być punkt wyjścia ofensywy rosyjskiej przeciw Napoleonowi, jak ongi w projektach puławskich 1805 r., jak świeżo w zamysłach lwowskich 1809 r., tak samo obecnie w planach zaczepnych petersburskich 1811 r.
Chodziło tedy przedewszystkiem o to, aby porwać za sobą Księstwo Warszawskie. W styczniu 1811 r. pismem własno-ręcznem do Czartoryskiego Adama otworzył się przed nim Aleksander, żądając wysondowania w tym względzie mężów kierowniczych Księstwa. W osobnej „instrukcji" własnoręcznej, dołączonej do tego najpoufniejszego wynurzenia, zatytułowanej „Środki, dotyczące Polaków", zalecał Czartoryskiemu udać się niezwłocznie pod pozorem interesów do Warszawy i wskazywał mu szczegółowo główne „punkta" jego misji tutejszej. Owóż z tych dwunastu „punktów", przepisanych przez cesarza i widocznie zredagowanych z najdojrzalszym rozmysłem, najważniejsze, rzecz prosta, dotyczyły ministra i wodza naczelnego Księstwa Warszawskiego, ks. Józefa. A więc Czartoryski winien był „7. jeśli będzie sposobność (!) widzenia się z Poniatowskim, w takim razie 8. postarać się go pozyskać, przekładając mu trudność odnowienia Polski przez Francję, srogość nieuniknionej stąd wojny, zniszczenie całego kraju i surowe środki, jakich musiałaby chwycić się Rosja dla swojej obrony; przeciwnie, 9. jeśli Polacy oddadzą się Rosji, to istnienie ich byłoby niewątpliwem... Polska odbudowuje się przez przyłączenie jej do Rosji, Austrja wynagradza się (za Galicję) Wołoszczyzną, częścią Mołdawji, oraz swemi staremi posiadłościami: Dalmacją, Wenecją, częścią Włoch i Tyrolem; 10. jeśli te i podobne wywody wstrząsną przekonaniem ks. Poniatowskiego i będą przez niego przyjęte, w takim razie 11. przygotować w tej mierze papiery i umówić się z nim o działaniach". Najgłówniej oczywiście zależało narazie na owych „papierach", t. j. zobowiązaniach pisemnych, żądanych od Polaków przeciw Napoleonowi. Te zobowiązania miałyby odegrać poniekąd, tylko na wspak, rolę analogiczną do niedoszłej konwencji zeszłorocznej, żądanej od Napoleona przeciw Polakpm, gdyż, raz mając je w ręku, możnaby zużytkować je stosownie do okoliczności.
Czartoryski, odebrawszy w Puławach w drugiej połowie stycznia to niespodziane a tak niezmiernie doniosłe polecenie monarchy, odpowiedział mu natychmiast, podejmując się wykonania nie bez pewnych zresztą poważnych zastrzeżeń i wątpliwości, wyrażonych dość jasno i otwarcie. Poczem w pierwszych dniach lutego udał się do Warszawy, gdzie doszło go następnie drugie dopełniające pismo Aleksandra, przeznaczone do rozproszenia podniesionych w jego odpowiedzi wątpliwości, z dokładnem podaniem zgromadzonej nad granicą Księstwa zbrojnej potęgi rosyjskiej, gotowej w każdej chwili do uderzenia na Napoleona. Czartoryski pokazał Poniatowskiemu odebrane pisma i przełożył mu życzenia i widoki cesarskie. Ks. Józef udzielił odpowiedzi przeczącej. Skutkiem tej jego stanowczej odmowy misja Czartoryskiego odrazu padła o czem tenże, wróciwszy do Puław w początku marca, zaraz uwiadomił monarchę. Zarazem wyniszczył usłyszane w Warszawie argumenty odmowy, w których treści spokojnej i rzeczowej odbijała się całkiem wyraźnie prosta myśl niewymienionego zresztą imienia Poniatowskiego.
Położenie ks. Józefa w tej chwili było takie: Odebrał rewelację ściśle poufną. Ale ta rewelacja wagi najwyższej zapowiadała nieodwłoczny atak na powierzone mu Księstwo. Odkryć ją Napoleonowi znaczyło narazić doznane zaufanie. Nie odkryć — znaczyło gubić armję i kraj. Musiał bardzo się męczyć. 18 lutego napisał do Napoleona. Przemilczał zupełnie o uczynionem odkryciu. Unikał wszelkich pozytywnych szczegółów, jakie był wyczytał w piśmie cesarza Aleksandra. Powoływał się jedynie na informacje ogólne, z różnych stron i źródeł wywiadowczych czerpane, o gotowości wojennej i widokach Rosji. Ale ostrzegał mocno i stanowczo, błagał o przedsięwzięcie naglących środków obrony przed bliską ofensywą rosyjską. „Honorem moim ręczę, — pisał — że taki plan ofensywny w tej chwili istotnie zajmuje myśli cesarza Aleksandra".
Ale Napoleon tego ogólnikowego ostrzeżenia nie wziął na serjo. On wojny nie chciał, nie tracił nadziei, że potrafi, jeśli nie uniknąć, to odwłóczyć ją jak najdalej. A nie miał zaufania do „słabych głów" polskich, marzących o niej dla odbudowania swego kraju, zatem skłonnych do przyspieszenia jej postrachem nieistniejących upiorów zaczepnych ze strony rosyjskiej. Podobnież i w tym wypadku zlekceważył ostrzegawczą zapowiedź Poniatowskiego, wziął ją bądź za przywidzenie, bądź za prowokację.
Książę przeczekał kilka tygodni w stanie wysokiego niepokoju. Posyał ponawiane ostrzeżenia, oparte na wywiadach pogranicznych, zaprzyjaźnionemu marszałkowi Davout, wodzowi naczelnemu armji francuskiej w Niemczech, więc zainteresowanemu tu bezpośrednio, gdyż na niego nasampierw zwaliłby się skombinowany atak rosyjsko-pruski. Przypominał mu precedensa ostatniej wojny austrjackiej i swoje . ówczesne, niesłusznie zlekceważone a wnet najdokładniej sprawdzone, obawy najścia Austrjaków na Księstwo. Potem ostrzegał, ciągle w wyrazach ogólnych, swego monarchę, Fryderyka-Augusta. Wszystko napróżno. Wreszcie, widząc, że mu nie wierzą, otworzył się przed Bignonem, dawnym swoim znajomym z Berlina, przysłanym obecnie na miejsce Serry, w marcu 1811, nowym rezydentem francuskiem przy rządzie Księstwa. W parę dni po przybyciu Bignona do Warszawy, w końcu marca, miał z nim Poniatowski dwie rozmowy stanowcze. Odkrył przed nim prawdziwka groźbę w formie całkiem już określonej i ścisłej, ciągle przecież i teraz przemilczając dyskretnie źródło, lecz oświadczając wręcz, że jest to rzecz tak absolutnie pewna, „jak gdyby wyznanie pochodziło od samego cesarza Aleksandra." Poczem w początku kwietnia, korzystając z nadarzonej właśnie okazji urodzin króla rzymskiego, pod pozorem złożenia powinszowań imieniem Księstwa, osobiście udał się do Paryża. To poskutkowało. Otwarły się oczy Napoleonowi. Natychmiast zarządzone zostały nadzwyczajne środki ostrożności w Księstwie Warszawskiem, a następnie rozpoczęte olbrzymie zbrojenia we Francji. Sytuacja wywróciła się odrazu. Zaniechaną została tegoroczna ofensywa rosyjska, zluzowana przez przyszłoroczną francuską.
Zachowanie się Poniatowskiego w tych przejściach krytycznych 1811 r. tym większej nabywa doniosłości, im jaśniej, okazuje się cały dalekonośny zakrój niniejszego przesilenia. Przedsięwzięcie zakulisowe, okryte zasłoną głębokiej tajemnicy, niedostrzegalne dla ogółu, w rzeczywistości sięgało bardzo daleko na zewnątrz i zdążyło nawet roztoczyć nadspodzianie rozległe kręgi wewnątrz samego kraju. W drugiej połowie lutego t. r., w tym samym czasie, gdy jeszcze Czartoryski dobadywał się. nastroju, Warszawy, Aleksander zwrócił się do króla pruskiego, Fryderyka-Wilhelma III, z najpoufniejszem .również wynurzeniem swoich zamiarów zaczepnych przeciw Napoleonowi i zaproszeniem do wzięcia w nich czynnego udziału, a bez żadnej choćby jednem słowem wzmianki o Polsce. Domyślono się jednak snadnie w Berlinie, w czem była istota rzeczy. Zapewne też przez Radziwiłła zasięgnięto tam języka o usiłowaniach, podjętych przez cesarza w stolicy Księstwa. Pamiętano zresztą zbyt dobrze o własnych propozycjach kłajpedzkich, czynionych Poniatowskiemu przed czterema laty. W odpowiedzi swojej cesarzowi Fryderyk-Wilhelm podnosił znienacka, pominiętą całkowicie przez Aleksandra, sprawę „odbudowania Polski, którą W. C. M. miałeś już na widoku". Zarazem upominał się w tym względzie o „zupełną bezinteresowność" Rosji. Żądał „zostawienia Polakom zupełnej swobody wybrania sobie króla wedle swego życzenia"; zastrzegał się bezwarunkowo przeciw „przyłączeniu Polski do imperjum (rosyjskiego), pod jakąkolwiek postacią miałoby nastąpić to złączenie".
Jeśli z podobną ewentualnością naówczas, wiosną 1811 r., tak serjo liczono się w Berlinie, nie brakło po temu dostatecznych powodów. Jakoż odpowiednie starania rosyjskie, podjęte wtedy w Księstwie Warszawskiem, nie ograniczały się bynajmniej do uczynionych Poniatowskiemu przełożeń, lecz poza tym w najrozmaitszych rozchodziły się kierunkach. A więc z jednej strony, niezawiśle od próby Czartoryskiego, były one zasilane między magnaterją i częścią obywatelstwa przez wpływy, idące od Litwy, gdzie właśnie pod przewodem Ogińskiego Michała zajmowano się budowaniem nowego Wielkiego Księstwa Litewskiego i układaniem nowej unji. Z drugiej strony umiano zręcznie wytwarzać sobie styczność z dążeniami niezadowolonej z rządu opozycji warszawskiej, z gorącem a niewytrawnem stronnictwem patrjotyczno-emigracyjnem, wyzyskując nawet echa powstańcze 1794 r., zawody połowicznych rozwiązań tylżyckich i schoenbruńskich, oraz pomysły „Czynnej Rady" dawnych republikantów o podniesieniu kraju przeciw Francuzom dla odbudowania całej Polski, , o dyktaturze narodowej, o sprowadzeniu Kościuszki; Umiano trafiać do duchowieństwa w Księstwie, odczuwającego dotkliwie walkę Napoleona z Kościołem i radykalne nowości kodeksowe, a oddanego pod opłakane, zalatujące jeszcze Targowicą, rządy arcybiskupa Ignacego Raczyńskiego. Usiłowano zresztą, poza osobą naczelnego wodza, trafiać do generalicji, do Rożnieckiego, Zajączka, może aż do Dąbrowskiego. Jakże łatwo było w tej mętnej wodzie wyłowić co się chciało, jakże łatwo w tym rozgardjaszu powszechnym dać sprowadzić się na manowce. A jakże trudno — zaraz dodać potrzeba — winić tutaj w czambuł, zaprzeczać dobrej wiary i woli, której napewno nie brakło, choć brakło dostatecznie jasnej orjentacji i świadomości położenia. W tym kraju — pisał życzliwy Bignon z Warszawy swemu ministrowi spraw zagranicznych — rodzice a dzieci żywią częstokroć wręcz przeciwne przekonania (polityczne)". A mocniej jeszcze ujął bolesną prawdę sam Poniatowski w tych do Bignona wyrzeczonych gorzkich słowach: „Położenie Polaków jest bezprzykładne w dziejach, ich klęską jest mianowicie, iż są skazani niejako mieścić w swem sercu dwa sumienia".
Ale tym ważniejszą było rzeczą w podobnem, stworzonem przez fatalność dziejową, równie wyjątkowem, jak niebezpiecznem, powikłaniu pojęć i dążności służyć narodowi nieomylną busolą i prowadzić go jedynie możliwą i dobrą, jaką dopuszczały okoliczności, chociażby najcięższą drogą istotnych jego przeznaczeń. Ten trudny obowiązek w tej trudnej dobie z zupełnem zaparciem się siebie, a co większa z rdzennie narodowem przeczuciem z mądrością serca, pełnił Poniatowski.
Pobyt ks. Józefa w Paryżu, pierwotnie obliczony na czas krótki, przeciągnął się ponad spodziewanie. Towarzyszyło wodzowi w tej podróży ośmiu oficerów i liczna świta, między innymi, rzecz wcale znamienna, książęta Konstanty Czartoryski, brat Adama i Michał Radziwiłł, brat Antoniego. Wziął również ze sobą pułkownika Rautenstraucha, szefa wydziału działań wojskowych w ministerjum wojny, a zabrał też mnóstwo memorjałów i zapisek dla przełożenia Napoleonowi. Po drodze przez tydzień zatrzymał się w Dreźnie, gdzie otrzymał urzędowe pismo wierzytelne od króla do cesarza. W Paryżu stanął pod koniec kwietnia 1811 r. Przybył wieczorem, a nazajutrz miał przez posła saskiego Einsiedla zostać prezentowany ministrom, cesarzowi, zaś przedstawić się dopiero na dragi dzień, przeznaczony na ogólną audjencję gratulacyjną }z powodu narodzin następcy tronu. Tymczasem tegoż jeszcze wieczoru; odebrał rozkaz stawienia się u Napoleona nazajutrz w.pałacu Saint-Cloud o 7 zrana. Na tym posłuchaniu trzymany był przez niego przeszło dwie godziny. Oczywiście cesarzowi pilno było oświecić się jak najdokładniej o rzeczywistem położeniu rzeczy na-swoich dalekich forpocztach warszawskich.
Odtąd Książe całkiem wyjątkowym sposobem stale był wyróżniany na dworze cesarskim. O „prezentacjach" przez ; Einsiedla nie było więcej mowy. Książę wszędzie wprowadzany był wprost, co dość gorszyło dyplomatę saskiego, a niepokoiło go też potrochu, jako skazówka pewnego niepraktykowanego dotychczas wyodrębnienia Polaka i polskości od rządów saskich. Sas formalista gotów był łączyć to nawet »z dawniejszym odgłosem o zamierzanej przez cesarza zmianie dynastji w Księstwie, albo też z pojawieniem się w Paryżu Murata, dawnego kandydata do korony warszawskiej. Murat i Talleyrand, ściśle zaprzyjaźniony z obecną w Paryżu siostrą Księcia 1 panią Tyszkiewiczową, skwapliwie czynili honory wielkiego świata paryskiego swemu niegdy gościnnemu gospodarzowi z Pod Blachy. Ostentacyjnie odznaczał go sam cesarz, wzywał często na posłuchania prywatne, polował z nim w Fontainebleau, zaszczyt, który cudzoziemcowi nieczęsto się dostawał, a opublikowany zaraz w małomównym zwykle Monitorze, zwrócił aż podejrzliwą uwagę cesarza Aleksandra. Jako przedstawiciel króla saskiego i Księstwa asystował Poniatowski w czerwcu w katedrze Notre-Dame przy odbytym z największą wspaniałością akcie chrztu króla rzymskiego. Uczestniczył w świetnych uroczystościach, jakiemi z tego powodu rozbrzmiewał Paryż. Stałym bywał gościem w domach rodziny napoleońskiej i najwyższych dostojników wojskowych i cywilnych cesarstwa. Przekonał do siebie sztywnego Berthiera, ks. Neufchätelu, szefa sztabu wielkiej armji., Poznał się lepiej z Maretem, ks. Bassano, świeżo właśnie w kwietniu t. r. z powodu groźby rosyjskiej mianowanym ministrem spraw zagranicznych, gorącym przyjacielem sprawy polskiej, lecz dotychczas jeszcze z dni Warszawy i Finckensteinu nieco sobie nieufnym; odtąd dopiero szczerym swoim zwolennikiem. Na ogół, rzecz w interesie dobra kraju niemało ważna, mocniej utrwalił swoje stanowisko osobiste przy tronie i rządzie francuskim, z tyłu stron i względów rozlicznych na szwank narażone. Wszędzie zresztą, gdzie się ukazywał, rycerską postawą, ujmującem obejściem, bijącą w oczy szlachetnością zdobywał sobie serca. Zbliżył się też podczas tego pobytu w Paryżu do Pauliny Borghese, pięknej i zalotnej siostry Napoleona.
Śród wiru zabaw światowych nie zaniedbywał przecie interesów swego kraju i wydziału. Był on wtedy w stolicy Francji bardzo potrzebny, tyleż jako najpowołańszy reprezentant sprawy Polski i Księstwa, ile jako kompetentny rzeczoznawca w zagadnieniach technicznych przyszłej wielkiej wojny, mającej sie rozegrać w przeważnej części na terenie byłej Rzpltej. Skutkiem ostatnich jego rewelacji, poczynionych Bignonowi na wyjezdnem z Warszawy, oraz pierwszych pojaśnień ustnych, udzielonych po przybyciu do Paryża Napoleonowi, wobec nagłej groźby przemożnego ataku rosyjskiego na nieprzygotowane Księstwo Warszawskie, powzięta została najpierw przez cesarza w połowie kwietnia i początku maja jedynie wykonalna decyzja obronna. Na wypadek wtargnięcia nieprzyjaciela nakazaną została niezwłoczna ewakuacja linji Wisły, ułożony gwałtowny rzut w tył z myślą prowadzenia kampanji na zachód od Odry. Kiedy następnie okazało się, iż pierwotny plan zaczepny Aleksandra, chybiony w znacznej mierze skutkiem odmowy Poniatowskiego, na wiosnę tegoroczną ostatecznie został zaniechany, przystąpiono z większym spokojem do obmyślenia w razie konieczności wielkiej akcji zaczepnej francuskiej na rok następny. Że ta konieczność ominąć się nie da, o tym nikt bardziej nie był prze-świadczony, jak ks. Józef, stawający w przedniej straży naprzeciw Rosji. Nie unosił się on bynajmniej temperamentem bojowym. Przeciwnie wstrzymywał się od wojowniczego hałasu ówczesnej niezwykle licznej kolonji polskiej w Paryżu. Bez gorączki i nienawiści, z umiarkowaniem zupełnem po prostu stwierdzał, że fatalnego wybuchu ani uniknąć, ani już dłużej odwlec niepodobna. Stoimy naprzeciw siebie — mówił — z nabitą i wycelowaną bronią; nareszcie z którejkolwiek strony musi ona sama wypalić.
Zdaniem swojem rozważnem, informacją dokładną przykładał się pożytecznie do ostatecznego rozjaśnienia sytuacji. Był bardzo przydatny do odparcia błędnych, nieprzychylnych dla Polski relacji Caulaincourta, przybyłego w czerwcu do Paryża po odwołaniu z ambasady petersburskiej, gdzie w sposób dosyć podejrzany przejął się pojęciami samego Aleksandra. Przykładał się też do rozwiania przywiezionych przez szczególnego tego posła szkodliwych namów i złudzeń. Był bardzo na rękę do skutecznego poparcia przysłanego z Warszawy ministra skarbu Matuszewicza w jego staraniach o niezbędną dla Księstwa pożyczkę francuską. Przede wszystkiem jednak zajęty był robotą zawodową w najaktualniejszych obecnie rzeczach czysto wojskowych. Pracował z ministrem wojny, ks. Feltre, szefem wielkiego sztabu ks. Neufchatelu, samym cesarzem Napoleonem. Owocem tych prac jego paryskich było: uzupełnienie fortyfikacji Modlina na podstawie szczegółowego jego raportu, złożonego cesarzowi o stanie twierdzy; nowa dyzlokacja wojska polskiego na wypadek działań wojennych; aukcja V, X i XI pułku piechoty przez czwarte bataljony i formacja z nich, wraz z IX jazdy, nowej dywizji, pomnożenie wszystkich jedenastu pułków piechoty konsystujących w Księstwie o jedne kompanję zakładową każdego; utworzenie artylerji pułkowej na wzór francuski przez przydanie dwóch dział do każdego pułku piechoty itd. Oprócz tego z gabinetu cesarskiego, wielkiego sztabu, minister jum wojny, zwracano się „codziennie" do Poniatowskiego ze szczegółowemi zapytaniami w niezliczonych doniosłych kwestjach, dotyczących ogromnego, wziętego już na warsztat napoleoński, planu przyszłorocznej kampanji rosyjskiej. Do wypracowania samego tego planu pociągnięty był również ks. Józef.
Jednak w rzeczy bardzo ważnej, a jak się wnet okazać miało najważniejszej, nie znalazł posłuchu. Książę na ówczesnych konferencjach w Paryżu z cesarzem kładł nacisk na prowincje południowo-zachodnie jako pierwszorzędny objekt strategiczny. Sam ofiarował się z całą armją Księstwa Warszawskiego maszerować na Wołyń. Znał tamten teren, a łaknął zapewne powetować swą nieszczęśliwą z przed dwudziestolecia kampanję ukrainną. Wyobrażał sobie widocznie z tej strony przedsięwzięcie analogiczne do swej ostatniej szczęśliwej wyprawy galicyjskiej. Ale ta myśl ks. Józefa, podobnież jak pokrewny plan Michała Sokolnickiego, została odrzuconą przez cesarza. Sokolnicki od czasu kampanji galicyjskiej, gdzie tak dzielnie się sprawił, choć posunięty na generała dywizji, czuł się ciągle pokrzywdzonym i boczył się na naczelnego wodza. Duch śmiały i twórczy, ale niespokojny, porwany wysoką ambicją, świadomą niepospolitych istotnie swoich zdolności, nie chciał zalegać pola ua dowództwie okręgiem wojskowym radomskim. Wyrwał się w niniejszej chwili przełomowej do Paryża, do ogniska olbrzymich robót przedwojennych. Dostał się do Napoleona, zajął go, a zarazem ponowił na ostre rywalizację z Poniatowskiem. Doprowadził do przykrego z Księciem zatargu, zakończonego ustąpieniem swojem z armji Księstwa i przejściem do służby francuskiej. Ks. Józef następnie, podczas kampanji 1812 i wiosną 1813 r., miał nieraz jeszcze dotkliwej doznawać nieprzyjemności skutkiem nie-chętnych przy boku cesarza wpływów Sokolnickiego, jednego więcej objawu szkodliwej dążności spółzawodniczej wśród własnych szeregów polskich.
Tymczasem w początku sierpnia już miał Książę opuścić stolicę Francji, ułatwiwszy się z najpilniejszemi zajęciami tutejszymi, a spieszno mając do domu, gdzie wypadało zabrać się corychlej do pilnych przygotowrań wojennych. Doznał na wyjezdnem uprzejmych dowodów łaski osobistej Napoleona. Otrzymał z rąk jego piękną, sadzoną brylantami, tabakierę. Natomiast rozpuszczona pogłoska o darze pieniężnym nie była zasadną i sprowadzała się do pożyczki zwrotnej, udzielonej mu na zapłacenie długów pani Tyszkiewiczów ej. W ostatniej jeszcze chwili na życzenie cesarza został przez ministra spraw zagranicznych skłoniony do odłożenia wyjazdu. Stało się to zapewne z powodu sensacyjnego wystąpienia w sprawie rosyjskiej i polskiej, do jakiego gotował się Napoleon. Jakoż niebawem, na uroczystem przyjęciu ciała dyplomatycznego w dniu imienin cesarskich, w połowie sierpnia, nastąpiła słynna owa scena, kiedy Napoleon wobec zgromadzonych przedstawicieli wszystkiej Europy wybuchnął piorunującemi słowy do posła rosyjskiego, Kurakina, obnażył ukrytą ranę, odsłonił istotę zatargu, objawił, iż chodzi tu o Polskę i dobitną rzucił zapowiedz: „Chociażby armje wasze obozowały już na wysokościach Montmartru, ja nie ustąpię ani jednej piędzi z terytorjum Księstwa Warszawskiego". W kilka dni potem, w końcu sierpnia ks. Józef, zatrzymany widocznie dla usłyszenia jeszcze tych znamiennych wyrazów, wyjechał z Paryża z powrotem do kraju.

ROZDZIAŁ II.
ZBROJENIA. — WYBUCH WOJNY. — TESTAMENT KS. JÓZEFA. — ZATARGI Z NAPOLEONEM. — ODWRÓT Z POD MOSKWY.
Po krótkim znowuż w drodze pobycie w Dreźnie, gdzie zdał sprawę królowi ze swoich czynności paryskich, zboczywszy jeszcze dla obejrzenia robót fortyfikacyjnych do Torunia i Modlina, stanął Poniatowski w Warszawie w drugiej połowie września 1811 r. Zaczęła się tutaj w tempie gorączkowem ogromna przygotowawcza robota przedwojenna. Odbywała się ona śród warunków nader niepomyślnych przy zupełnem wyczerpaniu skarbu i kraju. Wyczerpywała zaś nietylko całą siłę roboczą, lecz i wytrzymałość moralną ks. Józefa. Wszak on musiał być nietylko organizatorem, lecz i egzekutorem. Musiał ostatni dech wyciskać z ludności, brać na siebie główne odium za wymagane niepomierne wysiłki. Musiał słuchać z jednej strony gwałtownych i na swój sposób zasadnych żalów opozycji burzliwego sejmu grudniowego w Warszawie, z drugiej — niecierpliwych i na swój sposób zasadnych monitów Napoleona z Paryża i tak stać spokojnie, swoje robić, pomiędzy ruiną dobrobytu a koniecznością ocalenia publicznego. Sam z własnego natchnienia zaraz za powrotem, we wrześniu i październiku, więc na długo przed skargami sejmu, posyłał do Davouta rozdzierające obrazy nieopisanej nędzy ginącego z wyczerpania kraju, nacechowane tak serdeczną boleścią, iż przy niej bledną najmocniejsze sejmowe peroracje karmionych duchem Kołłątajowskim opozycyjnych Kaliszan. Wyznaję, — pisał w końcu do marszałka, — że jestem w stanie bliskim rozpaczy że w chwilach upadku ducha radbym usunąć się, dać pokój wszystkiemu. Ale czuł już dobrze, że to nadaremnie, że mu tego niewolno, że już nie do siebie należy. Uderzała w tym czasie wszystkich z nim obcujących głęboka zmiana, jakby przełamanie się w jego temperamencie, nastroju, wyrazie, spojrzeniu. Gdzieś ulotniła się lekka, wesoła, niespożyta młodzieńczość ekspansywnej jego natury, wystąpiła natomiast jakaś obca mu dotychczas skupiona, zamyślona, smętna i smutna powaga. Dojrzał zupełnie, utożsamił się zupełnie z rzeczą publiczną: już nosił na sobie wyciśnięte znamię jej wielkich a posępnych przeznaczeń.
Trudności militarne, jakie w przededniu „drugiej wojny polskiej" Napoleona spadały na naczelnego wodza polskiego, były zapewne nadzwyczajne; ale niemałe też były i tym razem trudności polityczne. Jak w 1807, jak w 1809 r., tak samo i obecnie, tylko na szerszą jeszcze skalę, podejmowaną była niebezpieczna, wnikliwa a nieuchwytna robota koło stropienia i zwątlenia duchu publicznego w kraju. Przychodziły z za kordonu wieloznaczne zapowiedzi i wezwania. Komitet Litewski w Petersburgu niezmordowanie układał na coraz inny sposób konstytucję Wielkiego Księstwa Litewskiego z W. Ks. Konstantym, polskim namiestnikiem, zarządem autonomicznym. W Warszawie pojawiał się przelotem Ogiński, mający wstęp do samego rządu Księstwa Warszawskiego przez swego brata przyrodniego, ministra sprawiedliwości Łubieńskiego. Dawny ten patrjotyczny emigrant, dziś rosyjski senator, zawsze brouillon, nigdy nie brany na serjo, zaczynał zyskiwać na powadze i posłuchu, odkąd łaskawe do niego pismo cesarskie ukazało się w Kury er ze Litewskim. Niedoszła zeszłoroczna konwencja przeciw Polsce poszła w obieg jako czyn rzekomo dokonany Napoleona. Rozżarzane były wszelkie zatargi, zawody, krzywdy i żale, gaszona otucha we własnej sile i rządzie, głoszona daremność nadziei od Zachodu, z przeciwnej strony idące ukazywane zbawienie.
Wiedział dobrze o wszystkiej tej robocie Poniatowski, bezpośrednio się jej tykał, na każdym kroku doświadczał niepożądanych jej skutków. Już w początku grudnia 1811 r. pierwszą dokładną o niej wiadomość podał do Paryża. Pod koniec stycznia 1812 r. na otrzymane stamtąd zapytanie najszczegółowszą i całkiem ścisłą przydał informację. Zarazem, sam od wszelkich uchylając się kuszeń, ze zwykłą lojalnością starał się już zgóry okrywać odpowiedzialność ludzi czystych a bardziej narażonych. Donosił o Czartoryskim Adamie, iż powołany ze strony rosyjskiej na Litwę, wymówił się od wezwania. Osłaniał go równocześnie od zarzutu, czemu nie stawa po stronie francuskiej i nie łączy się z Księstwem. tym samem zaś w chwili rozpoczęcia wojny, zapowiadającej się wedle powszechnego mniemania niechybnie zwycięsko dla Francji, osłaniał go od skutków przyszłej zemsty francuskiej. Dla złagodzenia uprzedzeń Napoleona przeciw byłemu ministrowi rosyjskiemu i przyjacielowi cesarza Aleksandra posyłał do Paryża zredagowane ręką przyjacielską pismo, wyjaśniające rolę ks. Adama i trudne jego położenie osobiste i polityczne.
Podobnież znów w innym, nader poważnym, postąpił wypadku. Ciemna, misterna, głęboka intryga prywatna pod pozorem obywatelskiej gorliwości popchnęła młodego, niedoświadczonego ks. Dominika Radziwiłła do przedwczesnego patrjotycznego przeciw Rosji porywu. Ks. Józefowi pozyskanie takiej potęgi magnackiej dla armji Księstwa mogło tylko bardzo być na rękę jako wodzowi naczelnemu i ministrowi wojny. Jednakowoż bacząc na wynikające stąd oczywiste narażenie, z krzywdą tyleż dla właściciela, co dla kraju, olbrzymiej fortuny radziwiłłowskiej, mieszczącej wtedy w samym kordonie rosyjskim do 120 tysięcy ludności, stanowczo odmawiał od tego kroku i nadaremnie ostrzegał dwudziestokilkoletniego, szlachetnego a nieszczęśliwego, młodzieńca. Taką już była na samym schyłku, wytrawiona życiem i obowiązkiem, Poniatowskiego natura: wyrozumiały dla innych, dla siebie bezlitosny, cudzą ważył ofiarę, własną szafował bez rachunku.
Nastąpiła wojna 1812 r. Kości zostały rzucone. W ruch wprawioną została przez Napoleona cała olbrzymia machina wojenna, przeznaczona do wyprawy na Moskwę. W początku marca t. r. wyszedł rozkaz cesarza do Berthiera, tworzący z trzech dywizji armji Księstwa Warszawskiego w sile 10 pułków piechoty i 6 jazdy wraz z artylerją, ogółem 36 tysięcy ludzi, korpus piąty, z numeracją kolejną dywizji XV, XVI i XVII Wielkiej Armji i powierzający Poniatowskiemu dowództwo bojowe nad tym korpusem. Po dwóch tygodniach zarządzono koncentrację tych wojsk pod Warszawą. Była tu już urzeczywistniona błędna myśl wytyczna Napoleona, polegająca na oderwanem tylko, nie skupionem w jedne wielką masę, zużytkowaniu siły zbrojnej polskiej. Był wynik pozostałych w nim jeszcze ostatnich złudzeń względem możności porozumienia się z Rosją. Był może także skutek zrodzonych świeżo wątpliwości względem zachowania się Litwy i samego Księstwa. Był na-pewno wyraz trapiącej obawy nieodwołalnego orzeczenia o Polsce. Tak czy owak, był błąd zabójczy.
Ks. Józef przebył z początkiem wiosny ciężką chorobę. Nie przerywał jednak, jak świadczy spółczesna jego korespondencja służbowa z lutego i marca t. r., niecierpiących zwłoki zajęć bieżących, równie pilnych i ważnych w troistym zwłaszcza kierunku: dopełnienia gotowości zbrojnej wojsk Księstwa, zaprowjantowania kraju na przyjęcie Wielkiej Armji, akcji wywiadowczej. o ruchach nieprzyjaciela.
Wiadomość o rozkazie formacyjnym cesarskim i swojem przeznaczeniu doszła Księcia w Warszawie pod koniec marca. Natychmiast spisał testament własnoręczny „na wypadek nagłego zgonu" fen cas de mort subite). Przekazywał cały majątek prawej sukcesorce, pani Tyszkiewiczowej. Dwom synom swoim wydzielał skromne stosunkowo legaty po 10 i 15 tysięcy dukatów; tyleż bratu naturalnemu i pani Vauban. Opatrywał swe sługi i przybliżone osoby; zapisywał 200 dukatów żebrakom, a 1000 ubogim miasta Warszawy, wstydzącym* się żebrać. Darował włościanom w swych dobrach wszelkie zaległości i pobrane awanse. Konie i broń polecał rozlosować między oficerów; zostawiał „całemu wojsku najgorętsze dla wszystkich życzenia i dystrybucję moich gaży, aby dało sobie chwilę wesołą, pijąc raz jeszcze na moją intencję". Poczem, po dwumiesięcznej jeszcze wysilonej pracy mobilizacyjnej w Warszawie, 4 czerwca 1812 r. wyruszył w pole.
Kampanja napozór zapowiadała się świetnie. Lecz naprawdę w samem połowicznem swojem założeniu była chybiona jako całość i spaczona zupełnie w szczegółach. Doznał tego odrazu ks. Józef, oddany pod niezdarną komendę króla westfalskiego, Hieronima, dowódcy prawego skrzydła Wielkiej Armji, a mając pod sobą z wrojsk przeszło 90-tysięcznych, dostarczonych przez Księstwo, ułamek ledwo 30-tysięczny. W dodatku z trzech jego dywizji, będących pod rozkazami Zajączka, Dąbrowskiego i Kniaziewicza, najsilniejsza Dąbrowskiego została następnie detaszowana od jego korpusu i do innych działań przeznaczona, a podobnież zaraz na wstępie najlepsza jazda korpusowa poszła pod osobne dowództwo francuskie. Odpowiadało to owym założeniom połowicznym, z ja-kiemi do tej wyprawy przystępował Napoleon, rezerwując sobie wolną rękę w sprawie polskiej i roztapiając też z umysłu siły polskie w oceanie Wielkiej Armji. Skrupiły się w rychle na ks. Józefie opłakane stąd skutki, a zarazem spadł)r na niego tym ostrzejsze, im mniej zasłużone, wymówki cesarza. Niedość ufał jeszcze wtedy cesarz ani jego energji, ani nawret wyższej ponad wszelkie pokusy hartowności duszy.
A tymczasem w istocie od pierwszego niemal kroku, uczynionego w tej kampanji, znowruż mocna stanęła pokusa na drodze Poniatowskiego. Z Warszawy pociągnął Książę na Pułtusk, Ostrołękę, Nowogród, Raygród. Wstrzymywany już odtąd w marszu przez dotkliwy brak prowjantu i furażu, dopiero pod koniec czerwca stanął nad granicą. Owóż tutaj nagle zjawił się przed nim, przysłany z Wilna, z kwatery głównej cesarza Aleksandra, pułkownik Toll, z tajną misją zaofiarowania mu najwyższego dostojeństwa w podniesionem Królestwie Polskiem wzamian za porzucenie Napoleona. Ks. Józef znowuż odmówił. Lecz zarazem zobowiązał się, że przez szacunek dla cesarza Aleksandra i jego życzliwych dla Polski intencji uczynioną sobie propozycję nazawsze w ścisłej zachowa tajemnicy. Przyrzeczenia tego dotrzymał: i dziś dopiero, dzięki pośmiertnemu świadectwu wtajemniczonego uczestnika rosyjskiego, ks. Wołkońskiego, wyszedł na jaw ten dziwny epizod.
Przeprawiwszy się przez Niemen pod Grodnem, gdzie pierwsze zamienił strzały, stanął Poniatowski ostatniego dnia czerwca w tym mieście, dokąd ongi napróżno był przyzywany dla dzielenia abdykacyjnych wywczasów nieszczęśliwego Stanisława-Augusta. Z Grodna w początku lipca pospieszył posłać najpierw do zawiązanej tymczasem w Warszawie Konfederacji Generalnej Królestwa Polskiego własny akces osobisty „nim jeszcze przystąpienie całego wojska... przesłać Jej będę w stanie." Po kilku dniach ruszył dalej na Skidle, Szczuczyn, do Nowogródka, gdzie śladem nieśmiertelnym wrazi się w dziecięcą wizję poety. W tym miejscu, skutkiem ruchów operującego przeciw niemu korpusu rosyjskiego Bagrationa, drogę, pierwotnie na Mińsk skierowaną, musiał odmienić i obrócić na Mir do Nieświeża. Marsz jego był powolny. Wytykano mu nie bez słuszności pewną ociężałość w manewrowaniu większą masą korpusową, zbyteczne rozciąganie linji marszu, wynikające stąd opóźnianie ruchów wyrównanego frontu w pochodzie.
Były jednak inne jeszcze tego powody, napewno nie z jego winy, ani od niego zawisłe. Nasamprzód ujawniły się coraz wyraźniej wady zasadnicze całej organizacji zaopatrzenia wojsk półmiljonowych, rzuconych na tak daleką i trudną wyprawę. Niedostatek żywności i paszy od chwili przejścia granicy coraz bardziej dokuczał i szybkość ruchów korpusu polskiego tamował. A następnie istną klęską dla wodza tego korpusu stawała się ciągła przy nim obecność króla Hieronima, który do laurów bojowych się nie kwapił, wszędzie co najdłużej kwaterą się rozkładał i niedorzeczną swoją komendą powszechne sprawiał zamieszanie. Poniatowski już w początku lipca ujrzał się zmuszonym w jednym i drugim względzie zwrócić się z zażaleniem do Napoleona. W raportach, posłanych na ręce Berthiera, wystawiał, że żołnierz jest niepłatny, otrzymuje tylko po pól racji chleba, siana niema dla koni, dowozy nie dochodzą wcale albo naj nieregularniej, wiele ludzi pada ze znużenia, korpus zaczyna niknąć w oczach, zanim doszło do jakiej poważnej rozprawy. Zarazem prosił, aby mu „objaśniono jego stosunek względem króla Westfalji", skoro bowiem ,J. K. M. prawie ciągle przebywa przy V korpusie,... moje położenie staje się nadzwyczaj drażliwem przy przedsiębraniu jakiegokolwiek poruszenia niezawiśle od jego woli".
Napoleon, będąc już wtedy w Wilnie, przedstawienia ks. Józefa w pierwszej, najważniejszej, sprawie przyjął tym gorzej, im lepiej czuł, że są słuszne i że na nie rady nie ma. Kazał wyrazić mu swoje „nieukontentowanie, iż prawi o żołdzie i chlebie, kiedy chodzi o ściganie nieprzyjaciela". Książę natychmiast z godnością stanął w obronie swojej a raczej swego żołnierza. „Wyrzuty, — odpisał — czynione imieniem cesarza wojsku polskiemu z powodu złego ducha, jaki rzekomo w niem panuje, ponieważ wzmiankowałem o znoszonym przez nie niedostatku, byłyby nader dotkliwe, gdyby każdy dzień, każda godzina nie przynosiły dobitnych dowodów zupełnego poświęcenia, jakiem to wojsko jest ożywione. Nigdy żołnierz nie żalił się, zawsze okazywał zapał i poświęcenie. Nie będę więcej mówił o Jego potrzebach, skoro taka jest wola cesarza, ale uważałem za swój obowiązek, podtrzymując energję i zapał wojska, przypominać równocześnie o jego niedostatku Temu, który ma we zwyczaju rozciągać ojcowską troskliwość na wszystkich swoich żołnierzy". Co się tyczy natomiast sprawy drugiej, to została ona niebawem załatwioną pomyślnie. Napoleon, przeświadczony o zupełnej nieudolności swego brata, surowo zganił, wnet całkiem przegnał Hieronima, dowództwo nad prawem skrzydłem, a więc i korpusem polskim, zdał zrazu w wypróbowane ręce Davouta. Odczuł Poniatowski tę zmianę jako „prawdziwe dobrodziejstwo". Pospieszył też natychmiast pod przyjaznym adresem marszałka ponowić naglące wstawiennictwo za potrzebami żołnierza polskiego, z którem był tak surowo odprawiony od cesarza.
W tydzień potem, w drugiej połowie lipca, niespodzianie zawiadomiony został z kwatery głównej, iż cesarz poleca mu w zastępstwie usuniętego króla Hieronima przejąć od Davouta tymczasowe dowództwo naczelne nad prawem skrzydłem Wielkiej Armji. Powierzenie mu wr tej ważnej chwili, chociażby na czas krótki, tak wysokiej i samodzielnej komendy marszałkowskiej był to bądź co bądź, pomimo wszelkich późniejszych jeszcze przygodnych nagan cesarskich, dowód bardzo wybitny rzetelnego uznania dla jego talentów wodza, tego uznania, które istotnie w pośmiertnem świadectwie Napoleona na św. Helenie zaszczytny znajdzie wyraz. Przyjął Poniatowski ze zwykłą swoją skromnością i żywem poczuciem odpowiedzialności tę nominację, „którą uznaję — odpisał do Berthiera — za znacznie przechodzącą moje siły i uzdolnienie". Podobnież w nader taktownych wyrazach zwrócił się z tego powodu do Davouta z prośbą, aby marszałek w imię „stałej swojej przyjaźni... nie odmówił mi doświadczonej swej rady... którą przyjmę zawsze z tym poszanowaniem, jakie każdy wojskowy winien jest wykazanym tylekroć wyższym Jego talentom".
Tymczasem jednak wraz z wyższą komendą coraz trudniejsze zadania spadały na Poniatowskiego. Głównego celu ówczesnych swoich operacji, odcięcia korpusu Bagrationa, nie miał sposobu osięgnąć. Była to rzecz tym boleśniejsza, że, wypuszczając go z ręki, tracił sposobność wzięcia odwetu za krwawe ciosy, zadane przed laty kilkunastu pod Trebbią przez tegoż Bagrationa legjonistom polskim. Kilka dni przedtem, śród ciągłych ostrych utarczek z cofającym się ciągle, unikającym walnej bitwy, nieprzyjacielem, doszły go były w Słucku rozkazy sztabu głównego, zmieniające całkowicie dotychczasowa jego dyrektywę, lecz doszły ze znacznem spóźnieniem, co niepomału ułatwiło wymknięcie się Bagrationa. Ruszył stąd Książę marszami forsownemi na Dudzicze, Ihumeń do Mohylowa, gdzie stanąwszy pod koniec lipca przez dwa tygodnie się zatrzymał. Dłuższy ten wypoczynek koniecznym się okazał dla wyczerpanego wojska, którego szeregi już w tym czasie zaczynały się przerzedzać w^ stopniu zatrważającym. Stan czynny korpusu V, wedle ustalonej tutaj w początku sierpnia sytuacji, wynosił już tylko niespełna 23 tysiące ludzi pod bronią. „Jestem sam przerażony — donosił Poniatowski do sztabu głównego — tak znacznem osłabieniem regimentów, gdy ich stan czynny w chwili wyruszenia w pole porównywam z obecnym. Jednakowoż niepodobna się dziwić takiej stracie, jeśli uwzględnić spustoszenia wyrządzone przez szkorbut skutkiem ciężkich robót ziemnych (koło twierdz), do jakich używana była annja Księstwa aż do późnej jesieni roku zeszłego. Nadomiar jedna trzecia szeregów zapełnioną została przez świeżego rekruta, który od kilku ledwie tygodni będąc w służbie czynnej, niewzwyczajony jest do trudów wojennych. Łatwo więc zrozumieć, iż armja polska, od blisko dwóch miesięcy w ustawicznym ruchu, często pośród okolic zgoła wycieńczonych, musiała stopniowro przerzedzać się nader raptownie".
W Mohylowie odebrał Książę nowe rozkazy cesarskie, zarządzające rozwiązanie prawego skrzydła, oraz odłączenie dywizji Dąbrowskiego do Bobrujska. Już nawet chwilowo zdawał się być zachwianym w calem swojem dowództwie. Wysłany od niego do kwatery głównej adjutant przyboczny, szef szwadronu, Antoni Potocki, z tłumaczeniem trudności pochodu i niepodobieństwa skuteczniejszych działań korpusu polskiego, usłyszał w Witebsku z własnych ust Napoleona w twardych, żołnierskich, wyrazach gwałtowne potępienie ks. Józefa. Nie była tu zapewne bez wpływu kładziona do cesarskiego ucha nieprzychylna krytyka Sokolnickiego, który zaliczony do ściślejszej świty (maison militaire) cesarza, pracował z pewnym zresztą pożytkiem przy jego boku, a liczył już podobno w tym czasie na objęcie komendy po Poniatowskim. W ciężkim nastroju opuścił Książę Mohylów i przeprawiwszy się przez Dniepr, pochodem forsownym na Szkłów, Romanów, w połowie sierpnia doścignął Wielką Armję pod murami Smoleńska.
Pierwsze tutaj spotkanie z Napoleonem było burzliwe. Cesarz przyjął Księcia i jego szefa sztabu Fiszera przy biwaku. Obsypał ich wyrzutami, wytykał błędy, unosił się z powodu nadmiernego ubytku w szeregach. Słowem, dawał upust temu wewnętrznemu uczuciu nieukontentowania i niepokoju, które zaczynało trawić go coraz częściej w tej fatalnej kampanji, a które w tym wypadku, jak w innych, wyładowywał wybuchowa na podkomendnych. Poniatowski tłumaczył się z umiarkowaniem, lecz bardzo stanowczo. Zaraz potem odbył cesarz przegląd wojsk polskich i wyraził zadowolenie z ich postawy; jak zwykle skory do powetowania nieusprawiedliwionych swoich wybuchów. Nazajutrz przypadł szturm Smoleńska. Ks. Józef ze swoim korpusem, Uczącym już teraz po odejściu Dąbrowskiego niewiele ponad 15 tysięcy, odebrał tu pierwszy gorący chrzest ognia w tej i bez ognia zabijającej wyprawie. Przez dzień cały i część nocy z nadzwyczajną walczył brawurą; jego żołnierz po kilkakroć pierwszy wtargnął do przedmieści, dotarł pod same mury twierdzy, wreszcie z brzaskiem dnia wdarł się przez wyłom do miasta. W ciągu tej krwawej doby ubyła z szeregów polskich część blisko dziesiąta, około półtora tysiąca ludzi. Napoleon, świadek naoczny wysiłków wojska i wodza, na odbytej zaraz rewji starał się jak najzaszczytniej wyróżnić korpus V, głośno dziękował i chwalił, rozdał kilkadziesiąt krzyżów legji. Były to, mówiono w wojsku, przeprosiny. Poniatowskiemu osobiście za niedawną swoją porywczość publiczne dawał zadośćuczynienie, okazując mu z naciskiem pełne uznanie, a nawet rzadką poufałość: poznawał go coraz lepiej. Przecież pozwolenia pójścia z Davoutem na Kijów, co tutaj podobno niemal na klęczkach miał błagać go Książę, cesarz mu odmówił.
Po niedługim pod Smoleńskiem spoczynku prostą już drogą na Moskwę postępował Poniatowski. Od skrajnego prawego brzegu osłaniając awangardę Murata, stale w równej z nią linji, nieraz wybiegał przodem, choć w warunkach uciążliwych i niebezpiecznych, czystem polem o staj kilka i kilkanaście od bitego traktu, a zawsze naprzeciw przemagającej jazdy rosyjskiej. W początku września, nie dochodząc Borodina, uczestniczył w krwawym boju wstępnym, gdzie wraz ze świtą, osaczony chwilowo przez kawalerję nieprzyjacielską, musiał sam pałaszem utorować sobie wyjście. Dwa dni później w wielkiej bitwie borodińskiej, oddany prawie na stracenie, bił się z impetem, rozwagą i szczęściem. 14 września ze strażą przednią wkroczył do Moskwy. Na dwa dni tylko tutaj się rozłożył, pod karą najsurowszą wszelkiego wzbroniwszy rabunku; w rzeczy samej jedyne bodaj jego wojska najmniejszego nie tknęły łupu. Zresztą zaraz pospieszył wysunąć się za Moskwę w tropy ustępującego nieprzyjaciela. Niebawem pod Czarykowem, przy wielkim trakcie kałuskim, na szybko i trafnie obranej pozycji, stoczył na własną rękę sześciogodzinną uporczywą potyczkę, którą w ostatniej chwili już, przy zapadającym zmroku, osobiście prowadząc cwałem do ataku dwa szwadrony strzelców konnych, pomyślnie rozstrzygnął.
Ale były to ostatnie śmiertelne podrygi gasnącej ofensywy-napoleońskiej. Rozpaczliwość położenia poczynała ukazywać się w całej grozie. Z pięknego swego korpusu miał już tylko przy sobie Poniatowski niespełna półpięta tysiąca bagnetów i do tysiąca koni. Jedynie artylerję cudem jakimś zachował niemal w całości, żadnego też aż do samego końca nie utracił sztandaru. Tymczasem straszniejsza od ludzkiej nadciągała nieprzyjazna potęga żywiołów. Nastawały przejmujące nocne chłody, szła przedwczesna ostra jesień, zapowiedź mroźnej, morderczej, zimy. Nie łamał się przecie ks. Józef, nie uginał w nieszczęściu; owszem, prostował się, mocnił, uczył. W tych klęskowych przeprawach wykształcił się na wodza w dużym stylu, nabierał brakującej mu dotychczas pewności siebie', nabywał tej szybkości rzutu oka i decyzji, która ongi przydałaby się pod Zieleńcami, a teraz świetnie wyprowadziła go z Borodina i Czarykowa. Rosnącym przeciwnościom wojennym i przyrodzonym dotrzymywał kroku wytrzymałością fizyczną i duchową. Dawał z siebie przykład znużonemu wojsku, sam codziennie od świtu ukazując się konno przed frontem, częstokroć po godzin kilkanaście bez przerwy na siodle, zawsze pogodny, przytomny i nadzwyczaj czujny. Ta jego niezmordowana, systematyczna, czujność, nie dająca się nigdy zaskoczyć znienacka, choć zmęczonemu żołnierzowi wtedy nieraz niemiła, miała wkrótce celną oddać usługę, kiedy po kilkunastodniowej pauzie wzmocniona armja nieprzyjacielska, w drugiej połowie października, przeszła nagle do raptownej ofensywy. Wtedy to, dzięki przytomnemu wdaniu się Poniatowskiego, pod Woronowem uratowane zostało od zagłady skrzydło Murata, być może sam środek Wielkiej Armji. Po tej walce dwunastogodzinnej, w której stracił ulubionego Fiszera, liczył już Książę w swoim korpusie zaledwo cztery tysiące ludzi.
Zbliżał się odtąd początek końca, podjęty został zapóźno beznadziejny odwrót z pod Moskwy. Topniały gwałtownie z dnia na dzień w okropnych przeprawach tego odwrotu osła^ bione kadry polskie, wysuwane dla osłony w straży tylnej, w ustawicznych walkach z nieprzyjacielskim pościgiem. Z zakrwawionem sercem patrzył się stroskany wódz na rzednące swoje szeregi, sam w najcięższych potrzebach obecny, zawsze w ogniu na przedzie. Dojeżdżając do Wiazmy w początku listopada, na rekonesansie padł z koniem w skoku, zwichnął nogę i stłukł kolano, krew rzuciła mu się ustami. Nie mógł dosiąść konia, musiał oddać dowództwo najstarszemu po sobie rangą Zajączkowi. Jechał odtąd przodem karetą z rannym adjutantem, Arturem Potockim. Kazał sobie podać do pojazdu walający się na śniegu duży jakiś foliant i wertował w drodze; ten tom II uczonego opisu Turecczyzny z którejś pańskiej bibljoteki moskiewskiej był jedyną zdobyczą, jaką przywiózł do domu z wyprawy; i może właśnie dla tego tej ciężkiej księgi nie cisnął, lecz ją dowiózł. Dobiwszy do Smoleńska, zaraz zwrócił się do sztabu głównego z usilną prośbą o zluzowanie nareszcie jego korpusu, nieszczęsnego korpusu V, „garstki mężnych", liczącego już teraz ogółem pod bronią 600 ludzi piechoty, 30 jazdy, lecz jeszcze przy 45 armatach, oprócz artylerji pułkowej. Na stawie zamarzłym pod Krasnem spotkał się z Napoleonem, idącym pieszo po gołoledzi, którego nie widział od Borodina. Cesarz wstąpił na stopień karety i dość długo poufnie z nim rozmawiał Nad Berezynę przybył Książę w końcu listopada, w przededniu katastrofy, wyczerpany od udręczeń, zimna i głodu. Dano mu parę gorących kartofli, jadł ze smakiem, ale i płakał, patrząc na nędzę żołnierza. Szczęśliwym tylko trafem koło trzeciej w nocy przejechał przez most zatłoczony; utracił tu ostatnie bagaże i musiał spalić resztę papierów sztabowych. W Wilnie stanął z Polaków najpierwszy, zatrzymał się dla poczynienia najniezbędniej szych zarządzeń i dodania otuchy, jednak tak jeszcze osłabiony, że o objęciu komendy czynnej nie mogło być mowy.
W pierwszej połowie grudnia stanął w Warszawie. Tu za nim po dwóch tygodniach nadciągnęły przed Blachę pierwsze niedobitki V korpusu, paruset ledwo ludzi wynędzniałych, lecz z artylerją i sztandarami. Na ten widok zalał się łzami, słowa nie mógł przemówić. Ale nie było czasu do rozczuleń, opanować wypadło wrażenia, przyszło wyprężyć wolę. Po tak Wysokiem napięciu energji trzeba było bez wytchnienia zdobyć się na wyższą. Po tak wielkiej, dopiero co przebytej próbie, bezpośrednio, bez chwili przerwy, nadeszła większa, największa w życiu ks. Józefa — przedśmiertna.

ROZDZIAŁ III.
TAJNE ROKOWANIA WARSZAWSKIE Z ROSJĄ. — ZWICHNIĘTE PRZEZ OPÓR KS. JÓZEFA. — DZIAŁANIA SCHWARZENBERGA. — OSTATNIE POŻEGNANIE WARSZAWY. — POSTÓJ W KRAKOWIE. — OSTATNIA POKUSA. — MARSZ KU ZACHODOWI.
Zakończona tak fatalnie wyprawa moskiewska oznaczała dla Księstwa Warszawskiego katastrofę nietylko militarną, lecz nadewszystko polityczną. Przegrany został jego byt. Co więcej — podważony odrazu w posadach cały duch publiczny kraju. Na widok niesłychanej porażki napoleońskiej zachwiał się rząd Księstwa, zachwiały najtęższe w nim głowy. Już od kilku tygodni zaczynały napływać do Warszawy coraz częstsze ponure echa z pod Moskwy. Niebawem te głuche wieści o nieszczęściu zamieniły się w pewność. Zarazem sprawa ocalenia publicznego w najtrudniejszej jawiła się postaci, a już wiązała się z nadchodzącą od zwycięzcy głośną proklamacją tryumfatorską i tajemną zachętą kapitulacyjną.
Władza udzielna w Księstwie z pełnomocnictwa królewskiego od początku kampanji niemal spełna spoczywała w ręku Rady ministrów, której tworem w gruncie rzeczy była, na poły fikcyjna, rada Konfederacji Generalnej Królestwa. Owóż niektórzy z ministrów i to celujący umysłem i zasługą obywatelską, choć charakterem słabsi, pokwapili się udzielić posłuchu owym propozycjom tajemnym, przychodzącym z kwatery nieprzyjacielskiej. Ministrowie skarbu Matuszewicz i spraw wewnętrznych Mostowski już w końcu listopada i początku grudnia 1812 r., w najściślejszem porozumieniu z prezydującym w Radzie Konfederacji Generalnej Stanisławem Zamoyskim oraz za pośrednictwem jego szwagra, Adama Czartoryskiego, jako też bezpośrednio przez najbliższą komendę rosyjską, wyciągnęli dłoń do cesarza Aleksandra. W przesłanych podwójną tą drogą dokumentach najpoufniejszych wyrażali oni przypuszczenie, iż nadeszła pora sposobna „do podjęcia próby, czyli nie jest możliwem połączyć woli przeznaczenia i narodu polskiego'4. Stwierdzali, iż między Polską a Rosją „niemasz naprawrdę nienawiści narodowej, jak tylko ze wspomnienia krzywd, wrzajemnie sobie wyrządzonych". Przywoływali „nową erę... kiedy te dwa narody złączą się węzłami uczuć miłości i braterstwa, których źródłem koniecznem jest wszak wspólne obu pochodzenie". Przekładali projekt złączenia Polski i Litwy z Rosją, bez wcielenia, pod berłem dziedzicznem cesarza Aleksandra, z Ustawą Trzeciego Maja „poprawioną" (corrigée), lub konstytucją Księstwa Warszawskiego „odmienioną" (modifiée), wicekrólem i administracją krajową, armją stutysięczną, obustronną wrolnością handlu. Do „traktowania, w miarę okoliczności, na rzeczonych podstawach" upoważniali Czartoryskiego „imieniem Konfederacji Generalnej i rządu Księstwa".
Jakoż rzeczą jest jasną, że Matuszewicz i Mostowski, jeśli wzięli na siebie ryzyko niniejszych wyłuszczeń pisemnych, działać musieli nietylko na własną wyłącznie rękę, lecz w niejakiem porozumieniu z innymi jeszcze członkami rządu. Ale rzeczą jest równie niezawodną, że działali najzupełniej bez wiedzy i zgody głównego naprawdę męża rządu i głównego przedstawiciela istności państwowej Księstwa, bez wiedzy i zgody ministra wojny a naczelnego wodza, który w chwili, kiedy oni w Warszawie spisywali dokumenty powyższe, stąpał jeszcze po trupim szlaku za Berezyną.
Zaś nadomiar, co najważniejsza, niemniej pewną jest rzeczą, że cała ich podwczesna akcja niniejsza, przyodziana w dez3rderaty tak obszerne i zastrzeżenia tak daleko idące spoczywała w tej chwili na podstawach podobnie lub nawet bardziej jeszcze kruchych, jak zeszłoroczna Ogińskiego i towarzyszy, że nie posiadała ona w istocie dostatecznego realnego gruntu, albo raczej sama poniekąd ten grunt sobie z pod nóg usuwała. Najpowołańsze a n aj zgodniejsze spółczesne świadectwa rosyjskie nie dopuszczają żadnej w tym względzie wątpliwości. Nie brakło zresztą odrazu odpowiednich ostrzeżeń, pochodzących ze źródeł napewno jak najmniej podejrzanych jakiekolwiekbądź uprzedzenia przeciwne. Osoba doskonale informowana, a w tych rzeczach mająca dość doświadczenia z przepraw przed laty dwudziestu, pani Zofja Potocka, wdowa po Szczęsnym, w połowie listopada, więc równocześnie z ministerjalną inicjatywą warszawską, takie ostrzeżenie posyłała Czartoryskiemu z Petersburga. Uprzedzała, iż należy „oczekiwać naszego szczęścia raczej od trafu i wypadków, aniżeli od dobrej woli"; iż nawet przyjaciele, jakkolwiek „kochają nas bardzo, są nam jednak przeciwni", w projektach polskich „upatrują środek o tyle tylko dobry, o ile okazałoby się to dla Rosji koniecznością, inaczej zaś o nic nie dbają zgoła" i dadzą zgodę jedynie wówczas, „jeśli będzie tego wymagał przymus okoliczności"; iż „wszyscy Rosjanie myślą tak samo", a nawet dużo gorzej. Ale tej strony rzeczy nie uświadamiano sobie z należytą trzeźwością w Warszawie. Tam natomiast w całej pełni odczuwano ogrom klęski, widziano przemykającego się chyłkiem Napoleona, z wyżyn najśmielszych nadziei spadano nagle w nicość wraz z doszczętną ruiną jego potęgi i w tym zawrotnym upadku tracono równowagę ducha, jasność myśli i siłę woli, teraz właśnie bardziej potrzebną, niż kiedykolwiek.
Z takiemi stosunkami i nastrojem spotkał się tutaj ks. Józef. Sam napół żywy, powracając z płomieni moskiewskich i bere-zyńskich lodów do nietkniętej dotychczas a już do głębi wstrzą-śnionej stolicy Księstwa, został on odrazu ożywczą sprężyną ogółu i rządu i do powszechnej depresji wniósł innego ducha i tonu. Pohamował negocjatorską skwapliwość swoich ministerjalnych kolegów. Podawał hasła wyższe, mniej narazie dogodne, głębiej w istocie skuteczne. „Przybywszy tu stosownie do wyższych rozkazów jako dowódca korpusu V, z wojska narodowego składającego się, mówił z powagą do Rady ministrów — sądzę być moim obowiązkiem donieść Radzie równie smutną, jak nietajną powszechnie, wiadomość, że korpus rzeczony, walecznością swą i miłością ojczyzny mierząc wszystkie tej tak krwawej kampanji nadarzające się trudy, niewygody i niedostatek, skutkiem poświęcenia się swojego i opierania z odwagą natarczywości nieprzyjaciela, zupełnie prawie zniszczony został w ludziach, koniach, zaprzęgach etc. tak dalece, że mała liczba pozostałych powracając z orłami i artylerją, w zupełnej swojej całości utrzymaną, nie przynoszą z sobą jak tylko honor, rękojmię dalszych swych poświęceń i tę drogą pociechę, że wszystko uczynili i uczynią, co po nich miłość ojczyzny i króla wymagają". Takiemi słowy nakazywał milczenie głosowi dezercji. Zajął się natychmiast reorganizacją siły zbrojnej. Zarządził również obwołanie pospolitego ruszenia przez Konfederację Generalną i objął nad niem regimentarstwo, „nie oglądając się na moje siły i sposoby, ani na moją w miarę ogromnej powinności nieudolność, powodowany jedynie smutnemi okoliczności, w których się ojczyzna zagrożona zewsząd właśnie w tej chwili znajduje".
Od króla na życzenie Napoleona otrzymał pełnomocnictwo nadzwyczajne celem przedsięwzięcia wedle swego uznania koniecznych przygotowań wojennych. Zajął się energicznie przyspieszeniem wielorakich równoległych organizacji: pierwotnej konskrypcji 25 tysięcy popisowych do linji, poboru do wzmocnionych gwardji narodowych, branki jezdnej z każdych 50 dymów i pieszej z każdych 20. Z pospolitego ruszenia, formy przestarzałej, do której nigdy nie miał zaufania i tym razem niewielkiej doczekał się pociechy, kilkuset ledwo jeźdźców, nieprzydatnych do niczego. Zresztą na każdym kroku spotykał trudności niezmierne w braku funduszów, wyczerpaniu co lepszego materjału rekruckiego, niedostatecznem poparciu ze strony najgłówniejszych ministerjów skarbu i spraw wewnętrznych. Mimo wszystko, w czasie najkrótszym, w ciągu kilku tygodni, prawie z niczego miał znowu kilkanaście tysięcy ludzi pod bronią. To był już rezultat nieoszacowany, niezbędny. Była odzyskana istotna podstawa reprezentacyjna dla Księstwa Warszawskiego w zbrój nem kole chwytających za oręż wszystkich europejskich państw i ludów. Ale jeszcze należało koniecznie tę nikłą podstawę liczebną przepoić niewzruszoną wartością duchową i w ten sposób dopiero zapewnić jej własne trwałe stanowisko i skuteczne znaczenie na przyszłość najbliższą, na przełomie dwóch epok, pośrodku jednego z największych przewrotów dziejowych.
Nieudana wyprawa moskiewska, prowadzona przez Napoleona w przymierzu z całą Europą przeciw odosobnionej Rosji, zaczynała przeobrażać się w walkę wszystkiej sprzymierzającej się z Rosją Europy przeciw osamotnionemu cesarzowi Francuzów. Przemiana ta odbywała się zrazu stopniowo, potajemnie. Nasampierw Prusy nawiązały dawny stosunek sojuszniczy z Aleksandrem. Następnie i Austrja skrytszą i powolniejszą drogą jęła podążać w tym samym kierunku. Owóż właśnie wojska cesarza austrjackiego, teścia Napoleona, miały sobie pierwotnie wyznaczone ważne zadanie spółdziałania z Poniatowskim w osłonięciu Księstwa Warszawskiego. Ale dowódca posiłkowego korpusu austrjackiego, dawny przyjaciel ks. Józefa, feldmarszałek Schwarzenberg, który jeszcze czasu kampanji galicyjskiej był występował w tak dwuznacznej misji dyplomatycznej, a świeżo podczas kampanji moskiewskiej odgrywał więcej niż dwuznaczną rolę militarną, obecnie na skutek tajnych skazówek, otrzymanych z Wiednia, zaczął z pełnym rozmysłem działać tak, aby obronę Księstwa i Warszawy uczynić niemożliwą. W takim mianowicie celu wykonał on szereg osobliwszych ruchów wstecznych ze swoim silnym, trzydziestokilkutysięcznym, korpusem. Zarazem zaś od początku stycznia 1813 r. nawiązał w swojej kwaterze bezpośrednie rokowania poufne z przybyłym do niego wysłańcem rosyjskim, Anstettem, Alzatczykiem, żonatym z Polką, stale używanym w sprawach polskich, mającym wstępy sekretne nawet w nie-których kołach rządowych warszawskich. Ułożywszy z nim główne zasady konwencji tajnej względem zupełnego odsłonięcia Warszawy i wycofania się aż za Pilicę, feldmarszałek w końcu stycznia zjechał z Pułtuska do Warszawy z oświadczeniem kategorycznem, iż wrobec nacierającej 180-tysięcznej armji rosyjskiej nie widzi podobieństwa okrycia stolicy i musi wycofać się do Galicji. W rzeczywistości nie było tam więcej, jak trzydziestotysięczna awangarda rosyjska, w stanie nienajlepszym, sforsowana pościgiem, niezdolna przełamać złączonych sił polsko-austrjackich.
Poniatowski na osobistem widzeniu się ze Schwarzenbergiem w szlachetnym gniewie zerwał ostatecznie z dawnym towarzyszem broni, rzucił mu w oczy hańbiącą prawdę jak rękawicę, której tamten nie ważył się podnieść. Austrjak, nie wdając się w pojedynek, o jakim podobno już była mowa, wróciwszy do obozu i odebrawszy stosowne upoważnienie z Wiednia, po kilku dniach spokojnie podpisał ułożoną z Anstettem konwencję. Przeprawił się niezwłocznie za Wisłę pod Zegrzem. Poczem, nazajutrz, za pośrednictwem Bignona, już nie wprost pod adresem Poniatowskiego, zawiadomił urzędownie o swojem odstąpieniu i konieczności wydania Warszawy.
Taki obrót rzeczy odpowiadał w zupełności widokom, snowanym równocześnie przez część rządu warszawskiego, przemyśliwającą o urzeczywistnieniu wcześniejszych usiłowań negocjatorskich. Niepodobna było dłużej, w braku sukursu austrjackiego, opierać się w Warszawie samym tylko orężem polskim. A zatem — konkludowano — tym bardziej należało w niej pozostać i oręż złożyć. Takie głosy, przytłumione dotychczas zachowaniem się naczelnego wodza, zaczęły teraz podnosić się ponownie w Radzie ministrów i Radzie konfederackiej. Ludzie najbliżsi ks. Józefa, niegdyś osobiści jego przyjaciele, jak wice-regimentarz Konfederacji warszawskiej, niefortunny znowuż doradca, Eustachy Sanguszko, naciskali na Księcia w tym samym duchu: zaprzestać beznadziejnej walki, pozostać spokojnie na miejscu i oddać się w ręce zwycięzcy. Wszystko jakby się przysięgało, wszystko pchało do opuszczenia rąk i rezygnacji. Ale ks. Józef pozostał nieugięty zarówno wobec skrytej namowy, jak jawnego odstępstwa. W początku lutego niespodzianie stawił się na sesji Rady ministrów i zażądał niezwłocznego wycofania się rządu ze stolicy, skoro skutkiem zdrady Austrjaków bronić Warszawy niema sposobu. Taka też zapadła uchwała, stanowiąca wyjazd Rady do Piotrkowa zaraz na dzień następny zrana. Wyprawiwszy tym sposobem rząd i wojsko, zdolne do wyruszenia w pole, około ośmiu tysięcy ludzi, Książę na samym końcu, 5 lutego 1813 r., opuścił nasze miasto po raz ostatni.
Powolnym marszem, z poniewolną zmianą kierunku wedle ruchu nieprzyjaciela i wyższych dyspozycji francuskich, na Piotrków i Częstochowę pociągnął Poniatowski do Krakowa. Tutaj odtąd przez półtrzecia miesiąca prowadził gorączkowo dalszą organizację armji śród warunków7 rozpaczliwych. Był tu osaczony przez Austrjaków, gotujących się do zrzucenia maski, do złączenia się z koalicją. Był już napierany przez zbliżającego się nieprzyjaciela. Co gorsza, był ciągle męczony przez swoich. Co najgorsza, był rozdzierany przez myśl własną, zapędzoną w położenie bez wyjścia, trzepocącą się, jak ptak ranny w sieci, w tym okrutnym dylemacie: pomiędzy przymusem okoliczności, osłoniętym, ukwieconym przez pozory dobra publicznego i wlokącym na szerokie, gładkie tory kompromisu, a pomiędzy twardem przykazaniem obowiązku, zaćmionem przez pozory uporczywości samobójczej, lecz wiodącem naprawdę przepaścistą, śmiertelną, ścieżyną do istotnych przeznaczeń przyszłości. Ludzie najgodniejsi, równej cnoty, a nawet wyższej od Poniatowskiego rozwagi i doświadczenia, w pierwszym obrócili się kierunku i tędy jego pociągali za sobą. Czartoryski Adam starał się oddziaływać na niego przez obecnych w Krakowie szwagra-ordynata i siostrę Zofję Zamoyskich. Nasyłał mu tutaj wymownych pośredników, radcę stanu Linowskiego, prokuratora Szaniawskiego i innych, aby przekonać go i zatrzymać. W marcu przywieziono mu do Krakowa dla okazania własnoręczne pismo monarchy do Czartoryskiego, gdzie była rada „pozostać spokojnie w Warszawie" z liczbą wojska „ile tylko można najmniejszą" i zapewnienie dość ogólnikowe: „nie będą tego żałowali".
Widziano w tym jedyną deskę ratunku. Nie pojmowano, że tą drogą nie uratowanoby niczego; że nietylko nie zabezpieczonoby tym sposobem interesów Polski, ale nawet w gruncie rzeczy istotnych interesów Rosji, bo pracowanoby naprawdę pour le roi de Prusse; że podobnież tą samą drogą i temi samemi sposoby nie ocalą się bynajmniej Sasi, którzy trwożliwą chwiejność swego króla i dezercję wojsk swoich na polu bitwy koniec końcem opłacą utratą połowy Saksonji do Prus. Nie domyślano się, że równocześnie z propozycjami pod adresem Poniatowskiego szły tajne rokowania z Austrjakami o przymusowe rozbrojenie, albo nawet o zaatakowanie znienacka i doszczętne zniszczenie, wojska polskiego. Nie wiedziano, że brane były pod uwagę nietylko odnowicielskie, lecz wprost aneksyjne pomysły, powrót do pogorszonych jeszcze zasad trzeciego podziału, mordercze zalecenia i pożądania generałów i statystów pruskich, projekty Knesebecka i Steina, cesja na rzecz Prus linji Wisły i Narwi, t. j. dzisiejszych północno-zachodnich gubernji Królestwa, jednem słowem ewentualności najzgubniejsze. Nie wiedział i Poniatowski, ale szlachetnym instynktem odgadywał zgubę tam, gdzie naokoło niego szukano zbawienia. Wzdrygał się na podsuwaną mu coraz natarczywiej myśl pertraktacji. Wszystko, na co się zdobył, było, że wyczekiwał. Ale kiedy w ostatniej jeszcze chwili podsunięto mu propozycje rosyjskiego generała Sackena: rozbrojenie i rozproszenie wojska, on obruszył się gwałtownie: nie pozwoli, aby go traktowano, jak naczelnika góralów kaukaskich albo jak dagestańslde książątko.
Położenie jego w rzeczy samej było trudne ponad wszelki wyraz. Przychodziło mu rozcinać istny węzeł gordyjski naj-sprzeczniejszych czynników i względów politycznych i wojskowych. A więc przedewszystkiem Austrjacy ponowili tutaj tę samą zupełnie grę, co niedawno w Warszawie. Feldmarszałek Frimont, dowódca skoncentrowanego teraz pod Krakowem „posiłkowego" korpusu austrjackiego, jak najdokładniej naśladując metodę swego poprzednika Schwarzenberga z przed dwóch miesięcy, zawarł w końcu marca nową konwencję tajną z nieuniknionym oczywiście Anstettem, wedle której pod pozorem fikcyjnego oskrzydlenia przez Rosjan obowiązywał się odstąpić za Wisłę, a tym samem dalsze opieranie się Poniatowskiego uczynić niemożliwem. Rzecz istotnie została inscenizowaną niebawem w ciągu kwietnia. Poniatowski odebrał od Frimonta uwiadomienie bliźniaczo podobne do deklaracji warszawskiej Schwarzenberga. Austrjacy znów usuwali się i umywali ręce. A naprzeciw koncentrowała się znaczna armja rosyjska Sackena, znacznie tymczasem wzmocniona, przywyższająca kilkakrotnie szczupłe siły polskie. Sacken miał przy sobie trzy dywizje piechoty, 8 tysięcy jazdy, 60 dział, nadto wsparty został świeżo przez cztery pułki piechoty pruskiej.
Poniatowski w tej chwili po usilnej pracy organizacyjnej liczył ogółem niespełna 14 tysięcy ludzi, w czterech piątych świeżego rekruta, armat miał 20, amunicji zaledwo na trzy godziny boju. Śród podobnych warunków Książę stawał oczywiście wobec nieuniknionej konieczności wycofania się z kolei z Krakowa dalej na Zachód, ku prowadzonej, przez Napoleona z Francji, zreorganizowanej, Wielkiej Armji. Ale tym razem sprawa była nierównie poważniejsza, aniżeli przy ewakuacji Warszawy. Nasamprzód wypadało tym razem opuścić już nietylko stolicę, ale wogóle ziemię polską. Zaś po wtóre wypadało zaryzykować niebezpieczny przechód przez „sprzymierzeńcze" kraje austrjackie. W dodatku Książę, zagrożony przez nieprzyjaciela, a wystawiony na sztych przez „sprzymierzeńca", naraz ujrzał się zachwianym przez własnego monarchę. Jakoż nieszczęśliwy Fryderyk-August pod wrażeniem klęski napoleońskiej już wtedy dawał się wciągać w układy z dworem wiedeńskim o kapitulację, o przymusowe wydanie Księstwa, byle wyratować Saksonję, narażoną na łakome zachcenia pruskie. W początku kwietnia, w myśl intencji austrjackich, zmierzających zarówno ku oddaleniu, jak i obezwładnieniu Poniatowskiego, ku niedopuszczeniu go ani do zgody z Aleksandrem, ani do wsparcia Napoleona, stanęła w Wiedniu umowa sasko-austrjacka. Przypisywała ona przechód korpusu polskiego przez Austrję na warunkach, równających się zgubie tego korpusu: w drobnych oddziałach, z przerwami, w odległości marszów całodziennych i, co główna, bez broni. Na dobitką zaraz po podobnych nieoczekiwanych dyspozycjach od Fryderyka-Augusta, odbierał Poniatowski wręcz przeciwne zlecenia od Napoleona, zakazujące mu kategorycznie poddać się rozbrojeniu przez Austrjaków. Stał tedy po dwakroć w ogniu podwójnym, nietylko między groźbą rosyjską a podstępem austrjackim, lecz oraz między przepisem Księcia warszawskiego a zakazem cesarza Francuzów.
Zaś równocześnie stał ciągle w krzyżowym ogniu rozbieżnych dążeń i życzeń własnych rodaków. Z Warszawy zgłosił się do niego ksiądz bernardyn, przysłany z żądaniem od „patrjo-tów", aby bez dłuższej straty czasu „czynić osobno i narodowie bez oglądania się na Francję", aby wyruszyć zbrojnie z Krakowa, rzucić się z powrotem do Księstwa i rozpocząć jakąś wielką samodzielną akcję zaczepną. Potem znowuż otrzymał Poniatowski z Warszawy obszerne pismo od ks. Adama. Zaklinał go na wszystko, przekonywał, jak mógł, Czartoryski, wracający właśnie z widzenia się z cesarzem Aleksandrem w Kaliszu. Ostrzegał przed Austrjakami, spekulującymi na Kraków, odbiór Galicji Zachodniej i zatracenie imienia polskiego. Przepowiadał niechybną zgubę wojsk polskich, zwabionych do sieci austrjackiej. Upewniał o stałości zbawiennych zamiarów Aleksandra. Żądał zawarcia tajnego z Rosjanami rozejmu. Przedewszystkiem zaś radził, aby, nie oglądając się zgoła na ustąpienie Austrjaków, bezwarunkowo nie ruszać się z Krakowa i spokojnie z wojskiem polskiem na miejscu pozostać.
Wraz z tym wymownym apelem pisemnym wystawiony był Poniatowski na nową przykrą próbę osobistej namowy. Otrzymał wiadomość o potajemnem przybyciu starego przyjaciela, ks. Antoniego Radziwiłła. Skutkiem nieostrożności Radziwiłła, kartka jego do ks. Józefa została otwarta i czytana w sztabie za nieobecności adresata, Poniatowskiego. Radziwiłł, przybywszy nie z osobistych oczywiście powodów, lecz z misją polityczną, zgóry ukartowaną w kwaterze głównej Fryderyka-Wilhelma III i Aleksandra, był zaraz u Stanisława Potockiego, prezesa rządu Księstwa, wdział się z Zamoyskim, wiceprezesem Konfederacji, z ministrem Mostowskim. Namawiał wszystkich usilnie do porzucenia przegranej sprawy napoleońskiej dla uratowania krajowej, łatwo przekonał przekonanych: — lecz od ks. Józefa, o którego głównie chodziło, otrzymał odmowę. Wynikły stąd w dodatku nieprzyjemne dla Księcia skutki, gdyż rezydent francuski, Bignon, wywiedziawszy się o czynnościach Radziwiłła, przystawił mu żandarmów do mieszkania i natychmiast zwołał sesję Rady ministrów w tej drażliwej sprawie. Jednak wdał się w to ks. Józef, „z właściwą sobie szlachetną lojalnością" — jak donosił Bignon cesarzowi — całą winę wziął na siebie, na nieostrożne swoje zaprosiny i uwolnienie Radziwiłła uzyskał.
Mylili się zupełnie i Czartoryski i Radziwiłł, kiedy teraz w 1813 roku przemawiali do Poniatowskiego głosem z 1805 i 1806 r.: do innego już teraz przemawiali człowieka. Posiadał on już w sobie samym dosyć mocy umysłu i woli, aby unieść na własnych barkach ciężar samodzielnego postanowienia. Uświadamiał sobie dokładnie istotę dylematu. Rozumiał doskonale, że Austrjacy, odciągając go od Krakowa i otwierając mu u siebie drogę ku Zachodowi pod warunkiem rozbicia i rozproszenia jego wojsk, pragną go zgubić. Było to tak jasnem, że nawet przydany mu doradca francuski, Bignon, przerazi! się taką ewentualnością i skłonny był chwilowo, zwłaszcza po ujawnieniu podejrzanych kroków Fryderyka-Augusta oraz dojściu wyraźnego zakazu Napoleona względem rozbrojenia, wybrać raczej ryzyko pozostania w Krakowie lub powrotu zaczepnego do Księstwa. Ale Poniatowski rozumiał wybornie, że to naprawdę nie byłoby ryzyko, ale tylko niechybna pewność bądź zupełnego zniesienia, bądź przymusowego poddania się. Jeśli obróci się na Zachód, będą chcieli zgubić go Austrjacy, to prawda; ale jeśli zostanie na miejscu albo obróci się do Księstwa, sam nieodwołalnie się zgubi.
Osądził tedy, iż należało przechylić się ku temu rozwiązaniu, które przy na j mniej niejakie szanse miało za sobą. Zarazem na własną rękę uczynił, co było najlepszego do zrobienia. Nie oglądając się na zabójczą konwencję wiedeńską względem warunków przemarszu, uzyskał od Frimonta znaczne jej złagodzenie, a właściwie modyfikację zupełną: marsz odbywać się będzie jednym ciągiem bez żadnej przerwy między kolumnami, artylerja zachowa armaty i amunicję, cała jazda — broń, część trzecia piechoty również, reszta karabinów pójdzie na wozach pośrodku każdej kolumny.
Ale raz jeszcze w ostatniej chwili wypadło przełamać opozycję śród swoich, w samem łonie rządu Księstwa. W kilka diii po wyjeździe Radziwiłła, w końcu kwietnia, na posiedzeniu Rady ministrów w pałacu Pod Baranami pod nieobecność ks. Józefa zapadła jednomyślna uchwała, ,,aby wojsko polskie mogło utrzymywać się w położeniu swojem około Krakowa x tej strony Wisły, lub postąpić naprzód dla działania zaczepnie i dopiero po zmierzeniu sił swoich z nieprzyjacielskiemi cofnąć się, gdyby te znalazły się być przemagające". Uchwała była brzemienna w następstwa, zaś znaczenie jej istotne, wedle myśli niektórych śród głosujących np. Mostowskiego, było conajmniej dość obosieczne.
Poniatowski, powiadomiony, co się dzieje, natychmiast pospieszył z rewji na posiedzenie. Głosem mocnym, którego echo odbija się nawet w zmiękczonem brzmieniu urzędowego protokółu, stanowczy założył protest przeciw powziętej o nim, bez niego, przeciw niemu, niefortunnej uchwale. Wyraził bez ogródek, iż ,,nie mógł spodziewać się w Radzie ministrów takiego wniosku, który tym bardziej jest delikatny, że ma za sobą pociągające pozory, a w dojrzałym rozbiorze nie może odpowiadać obecnemu położeniu rzeczy we względzie wojskowym". Zapewnił z goryczą, ,,że gdyby Rada mogła wziąć na siebie odpowiedzialność za chybione użycie wojska i gdyby szło tylko o osobiste wystawienie się jego wodza, nie wahałby się na chwilę z poświęceniem osoby swojej, lecz tu idzie o zachowanie korpusu na większy pożytek sprawy powszechnej i własnej ojczyzny". Oświadczył wreszcie kategorycznie, że przy swoim poglądzie na rzeczy, przy zamierzanym odwrocie ku Wielkiej Armji, niewzruszenie obstaje, gdyż innego wyjścia nie widzi, a wyższe wymagania rzetelnego interesu publicznego „woli przenieść... nad widoki pozorne, które na chwilę tylko dogodziłyby opinji popularnej, a potem przez zły skutek nie znalazłyby w niej samej aprobacji". Rada ministrów, przyparta do muru wywodami naczelnego wodza, nie miała nic innego, jak na tej samej zaraz sesji odwołać z honorem swoją uchwałę. Zarazem postanowiono wycofać się za Wisłę, rozłożyć się na Podgórzu, uczynić krok zasadniczy w kierunku, wskazanym przez Poniatowskiego.
Lecz jeszcze z dniem każdym rósł nacisk moralny. Robiła się pustka dokoła ks. Józefa. Usuwali się jeden po drugim ludzie mu najbliżsi. Podał się do dymisji wiceregimentarz, Eustachy Sanguszko. Opuścił szeregi pod jego wpływem generał Kniaziewicz, surowym abszytem ukarany przez Poniatowskiego. Ustąpił pod wpływem brata pułkownik Konstanty Czartoryski. Oddalili się Zamoyski i Mostowski, wcześniej już był oddalił się Matuszewicz. Za tym przykładem niewiele później pójdą tacy nawet, jak Chłopicki albo Chłapowski. Można sobie wyobrazić, jakie chwile przeżywał wtedy ks. Józef w kwaterze głównej w Krzeszowicach pod „tańcującym Krakowem". To nie była sytuacja tak prosta, jak ongi w Kurowie w 1792 r. I wtedy było ciężko, ale to była zabawka w porównaniu z położeniem obecnem. Wtedy wypadło wybierać między Stanisławem - Augustem i Targowicą z jednej strony, a całym narodem z drugiej: prosty wybór dla Poniatowskiego. Teraz wypadło pójść prawie w pojedynkę z garścią żołnierza, zerwać prawie ze wszystkimi najlepszej woli przewodnikami narodu, ze znakomitą większością społeczeństwa. W tem była tragedja. Dodać jeszcze na dobitkę potrzeba, że Książę był nękany zwątpieniem w lojalność własnego swego króla, który zdawał się poświęcać i jego i wojsko i Księstwo. Był bez dokładnej wiadomości o położeniu i intencjach Napoleona, którego nie opuszczała jeszcze myśl odnalezienia drogi porozumienia z cesarzem Aleksandrem, bodaj przez negocjację o Księstwo. Nie wiedział nawet, czy Napoleon nie weźmie mu za złe opuszczenia Krakowa i zaniechania stąd dywersji ofensywnej przeciw koncentracji wojsk koalicyjnych. Szarpał się w tym labiryncie sprzecznych wskazań obywatelskich, politycznych, militarnych. W jego listach z tych dni fatalnych z końca kwietnia i początku maja 1813 r. znać dobrze to szarpanie się i mękę. Ale w tych listach, śród wszystkich wątpień, ciągle, co parę wierszy, wracają jak busola, te dwa wyrazy: „honor" i „sumienie", honneur, conscience.
Zdecydował się ostatecznie w początku maja wyjść z Krakowa i Podgórza i ruszyć do Saksonji, do Wielkiej Armji. Rankiem dnia wymarszu przybiegł do niego Linowski z ostatnią namową. Zastał go w łóżku. Wymownie jął mu przedstawiać, że gubi siebie i kraj. Książę słuchał cierpliwie, wkońcu wskazał leżącą przy łóżku broń nabitą. „Widzisz — rzekł — te pistolety ? Dziś je w nocy dwa razy miałem w ręku, chciałem w łeb sobie strzelić, aby wyjść z tak trudnego położenia, ale nakoniec wziąłem determinację: nie odstąpię Napoleona". Determinacja ta wielka, jak przedtem mniejsza raszyńska, — to była osobista, samorodna własność Poniatowskiego, nie wymędrkowana, ale wyczuta, wynikająca z samej głębi jego natury, z koniecznością nieodpartą, z wewnętrzną koniecznością psychiczną, wyższą ponad wszelki nakaz okoliczności fizycznych. Jego piękna i wysoka, a dotychczas nieraz chwiejna i pospolitująca się, dusza, już w tym punkcie dochodząc swego szczytu i kresu, zgoła już oczyszczona od wszelakich lichszych przymieszek, jak gdyby skoncentrowana, sklarowana pod ogromnem ciśnieniem dziejowem, sprowadzona do najprostszego, rdzennego, swego pierwiastku, doszła tym samem do zupełnego, doskonałego utożsamienia się z pierwiastkiem rzeczy publicznej. I dlatego to właśnie w tym instynktownym odruchu woli był nie tylko honor i sumienie prywatnego człowieka, lecz była oraz prawda, była mądrość, był nieomylny imperatyw interesu i dobra publicznego. Rycerz bez skazy był czemś więcej jeszcze, stawał się najpierwszym w tej chwili obywatelem, który z powszechnej ruiny siły materjalnej wynosił ocaloną siłę moralną tę koniec końcem najwalniejszą, najrealniejszą potęgę. I tak stało się, że koniec końcem, nietyle trzeźwiej sza rachuba statystów polskich, ile całopalne postanowienie polskiego wodza rzuciło realną podwalinę pod Królestwo Kongresowe.
Powoli wybierał się Poniatowski z kraju, jak gdyby dobrze Czuł, że go nie ujrzy już nigdy. Wstrzymał się jeszcze w pochodzie na skutek wieści, przychodzących z placu boju, oraz sprzecznych instrukcji królewskich i rozkazów cesarskich. Gdyż tymczasem już starły się w Saksonji idące naprzeciw siebie armje francuska i sprzymierzeńcza prusko-rosyjska. Pierwsze spotkanie zakończyło się wygraną Napoleona pod Lützen w początku maja. Zaraz z pola walki wyprawił cesarz towarzyszącego mu ciągle Sokolnickiego do ks. Józefa. Cesarz, stropiony podejrzanym zwrotem Fryderyka-Augusta ku Austrji, zaczynał żywić obawy poważne względem zachowania się Polaków. W dodatku świeżo właśnie przestrzeżony został o krokach Matuszewicza, Mostowskiego i Czartoryskiego i to aż z dwóch stron naraz: bezpośrednio przez dwór wiedeński i pośrednio, a najpewniej ze źródła polskiego przez wiernego swego Bignona. Austrjacy, sami potajemnie ciągnąc ku Rosji i pociągając za sobą Sasa przeciw- Francji, a żywo zainteresowani w psuciu samodzielnych rokowań polsko-rosyjskich, potrafili przez sprytną swą policję podchwycić tajną korespondencję warszawską z Aleksandrem. Ze swej strony pospieszyli oni po przyjacielsku swoje odkrycie zakomunikować najpoufniej Napoleonowi. Równocześnie zaś ta sama korespondencja podrzuconą została w odpisie Bignonowi wr Krakowie przez jakiegoś dobroczynnego anonima, prawdopodobnie przez jednego z statystów warszawskich, uczestniczącego w knowaniach polsko-rosyjskich, a pragnącego ubezpieczyć się od ich skutków wobec wykrycia ich przez policję wiedeńską. W tym samym czasie podpisana została w W7iedniu konwencja sasko-austrjacka względem przemarszu zbrojnego korpusu polskiego. Zaś po paru tygodniach, w niniejszej właśnie chwili, w początku maja, Fryderyk-August wprost już upoważniał Poniatowskiego do zawarcia rozejmu z Rosjanami za przykładem Austrjaków, a bezwiednie w myśl życzeń Czartoryskiego. Biedny król saski nie wiedział wtedy jeszcze o bitwie pod Lützen; skoro się o niej i wjeździe Napoleona do Drezna po kilku dniach dowie, pokwapi się odwołać corychlej to wszystko i wrócić do systemu francuskiego.
W każdym razie wobec podobnego stanu rzeczy, Napoleon miał dosyć powodów do niepokojenia się o wojsko polskie. To też pierwszą jego myślą pod Lützen, po pierwszej osiągniętej przewadze wojennej, było wyprawienie zaufanego człowieka dla dopilnowania ks. Józefa. Sokolnicki, przybywając ze swoją niemiłą misją nadzorczą, zastał Księcia w Podgórzu, a część wojska już w dalszym stąd marszu odwrotnym. Rozkazy cesarskie, przywiezione przez podejrzliwego posłańca, zalecały Poniatowskiemu rzucić się do „Księstwa na partyzantkę dla uczynienia dywersji i ściągnięcia na siebie znacznych sił nieprzyjacielskich", a nawet radziły „starać się o wywołanie powstania w Polsce", gdyż Francuzi „niezadługo będą nad Wisłą". Cała ta instrukcja opierała się jednak na przypuszczeniu, iż uda się równocześnie pchnąć naprzód Austrjaków: Sokolnicki wiózł ze sobą stosowne rozkazy dla Frimonta względem nie-zwłocznego przyjęcia ofensywy ze swoim korpusem „posiłkowym". To przypuszczenie oczywiście było mylne. Dwu-licowa postawa austrjackiego cesarza a teścia niedługo już miała łudzić Napoleona. Istotnie Frimont wręcz odmówił wykonania odebranych ordynansów francuskich.
Poniatowski po przybyciu Sokolnickiego natychmiast wstrzymał dalszy odmarsz swoich wojsk. Dał zupełną możność nieufnemu swemu nadzorcy przekonać się o istotnym stanie rzeczy i wypróbować swoją wymowę u austrjackiego feldmarszałka. Książę był w położeniu zaiste szczególnem. Miał w ręku rozkaz Napoleona, aby wrócić do Księstwa. Miał upoważnienie od Fryderyka-Augusta, aby zawrzeć rozejm z Rosjanami. Miał uchwałę Rady ministrów, aby uczynić jedno; miał prośbę Czartoryskiego, aby uczynić drugie. A miał świadomość, że to wszystko ostatecznie sprowadzało się w rzeczywistości do wspólnego mianownika kapitulacyjnego, gdyż rzucenie się do Księstwa, albo pozostanie w Krakowie bez oparcia o Austrjaków, niczem innem jak kapitulacją zakończyć się nie mogło. Odpowiedzialność jego formalna była z tej strony aż nadto pokryta. A tu z tej strony na odpowiedzialność cudzą, króla, cesarza, towarzyszów, rodaków, ratował życie. On na własną odpowiedzialność wybrał śmierć. Przeczekał jeszcze spokojnie przez dzień jeden, patrząc się na daremne kłótnie Sokolnickiego z Frimontem, głuchym na wszelkie dowody i wyrzuty. Poczem, bez dłuższej już zwłoki, swoim wstrzymanym kolumnom nakazał ruszyć dalej w przerwany pochód ku Wielkiej Armji.
![]()
ROZDZIAŁ IV.
KAMPANJA SASKA. — SPOTKANIE Z NAPOLEONEM. — WZNOWIENIE KROKÓW WOJENNYCH. — BITWA POD LIPSKIEM. — MARSZAŁKOSTWO FRANCUSKIE. — ŚMIERC KS. JÓZEFA.
Uciążliwy i niebezpieczny był ten długi, kilkotygodniowy, pochód na Śląsk, Morawy, Czechy do Saksonji. Z pierwszych etapów chciano nawet raz jeszcze wstecz Księcia zawrócić. Austrjacy przepisali drogę niewygodną, okólną; nadto, w miarę rozgrywających się spółcześnie obrotów wojennych oraz nadchodzących nowych dyspozycji od Napoleona, wypadło parokrotnie odmieniać marszrutę. Przeciągał tak zwolna Poniatowski w ciągłych skrętach, zboczeniach, spoczynkach, na Wadowice, Cieszyn, Prerau, Austerlitz, Berno, Kolin do Zittau. Od swoich gospodarzy austrjackich gościnności nie doświadczał bynajmniej, a musiał wciąż trzymać się przed nimi nadzwyczaj na baczności. Bądź co bądź znaczna część jego wojska nie miała pierwotnie broni na ramieniu. Dopiero wr drugiej połowie maja, skutkiem nagleń Napoleona, a głównie dzięki pierwszym jego zwycięstwom, otrzymał Poniatowski z Wiednia urzędowe zezwolenie na dalszy marsz całego korpusu w pełnem uzbrojeniu. Lecz aż do samego końca pochodu ujawniała się zła wola Austrjaków na każdym kroku. Zwłaszcza ciężko było na Morawach, gdzie gubernator tameczny, nikt inny, jeno niefortunny zdobywca Warszawy z przed lat czterech, arcyksiążę Ferdynand, skorzystał z nadarzonej okazji, by wziąć teraz po swojemu odwet za Raszyn, w najgrzeczniejszych odezwach oficjalnych do „drogiego księcia" Józefa największe czyniąc mu trudności, odmawiając mu niezbędnego prowjantu i furażu dla wojska.
Zresztą nietylko starano się nękać, lecz także demoralizować, odosobniony korpus polski i obok odmowy żywności stosowano, nie obeszło się też bez przykrych stąd skutków w szeregach, dokąd zresztą nie mogło nie przeniknąć szkodliwe echo tamtych u góry zatargów i odstępstw warszawskich i krakowskich. To też poniekąd na podobieństwo onego przebitego żołnierza z kampanji ukrainnej przed dwudziestu laty, wypadło obecnie w marszu na kampanję saską po drodze paru rozstrzelać dezerterów. Wtedy także, w drodze przez Czechy, wstąpił Książę na krótką chwilę do Pragi pożegnać miejsce zabaw dziecinnych, idąc teraz na śmierć. W połowie czerwca dopiero stanął w Zittau: po niemiłej wędrówce wśród tajnych wrogów austrjackich znalazł się nareszcie na przyjaznej ziemi saskiej. Tutaj na jego spotkanie — rzecz zaraz uwieczniona poczciwym rylcem saskiego widza — gremjalnie przed miasto wystąpił magistrat, wysypała się ludność citawska, witając serdecznie, dzieciom małym pokazując zabłąkanego zdaleka polskiego wodza.
Późna już wybiła godzina w życiu ks. Józefa. W mrocznych chwilach stanowczej decyzji krakowskiej, w sam przeddzień tej ostatniej swojej wyprawy, obchodził on swój ostatni, pięćdziesiąty, rok urodzin. Już był prawie stary. Tyle na sobie dźwigał. A pięćdziesięcioletni, zdeterminowany, stroskany, przecie taki jeszcze do końca pozostał młody, pełen swoistego wdzięku. Nic go lepiej nie maluje, jak spisywane z tych tygodni i' dni ostatnich skrupulatną ręką Aksamitowskiego majora suche pozycje „ekspensu z kasy podróżnej J. O. Księcia". „W Krzeszowicach chłopom,... ludziom gospodarskim... Książę kazał dać..." — ta pozycja powtarza się bardzo często. Równie często „ubogiemu... ubogiej kobiecie... Książę kazał dać". Pułkowi VIII piechoty gratyfikacji... dito XV... oficerom na składkę... pułkowi VI piechoty gratyfikacji... dito kompanji pontonjerów, saperów... oberżyście za stół dla oficerów... pułkowi XII piechoty gratyfikacji", znaczne przeważnie kwoty, z własnej kieszeni, „z trzosa, co Książę miał w namiocie". Znowuż „ogrodniczce za bukiety", „księdzu J. O. Książę kazał dać do spowiadania żołnierzy", w Herrnhucie braciom „na kościół", „ubogiemu wiwandjerowi saskiemu", „za frukta" znoszone przez dzieci saskie, „muzyce pułku XV na valete", „za rękawiczki damskie", „żołnierzowi bez ręki Książę kazał dać", „śpiewakom niemieckim" w Zittau i jeszcze przed samym zgonem pod Lipskiem „en bivac w lasku J. O. Książę żołnierzom kazał dać..." Poprzez poważny temat zasadniczy tragicznego dziejowego czynu wdzięczną nutą uboczną przewijało się i towarzyszyło zcicha gasnące echo indywidualnego nastroju i wzięcia się ks. Józefa.
Rozłożywszy się kwaterą w Zittau, przystąpił natychmiast Poniatowski do reorganizacji swoich wojsk, zaliczonych już od początku wiosny dekretem cesarskim jako korpus VIII Wielkiej Armji. Było tego około 14 tysięcy ludzi i 7 tysięcy koni. Wypadło dla zbyt słabych kompletów stapiać razem pojedyncze pułki. Tutaj także można było dopiero z zakładów drezdeńskich porządnie ubrać i uzbroić wojsko, zaopatrzyć je zwłaszcza w brakującą dotychczas amunicję. Należało skorzystać z przerwy w działaniach wojennych, jaka nastąpiła od początku czerwca przez zawarcie siedmiotygodniowego rozejmu, przedłużonego później, skutkiem podstępnej propozycji medjacyjnej austrjackiej, na dalsze dwa tygodnie aż do połowy sierpnia. Ks. Józef wprost z Zittau udał się do Drezna dla widzenia się z cesarzem.
Przybycie jego do Saksonji było tyleż pociechą i posiłkiem, co niespodzianką, dla Napoleona. Cesarz bardzo na to nie liczył. On już nawet w przewidywaniu dezercji Poniatowskiego był twTorzył dla przeciwwagi drugi korpus polski nad Renem pod Dąbrowskim. tym serdeczniej obecnie Księcia powitał. Odtąd dopiero naprawdę poznał go wedle zasług i spełna ocenił. Wtedy to musiał ostatecznie wyrobić sobie o nim to zdanie, z którem później wynurzy się na św. Helenie: „Poniatowski był prawdziwym królem, łączył wszystkie po temu tytuły i wszystkie talenty: a jednak on zmilczał — il s'est tu." Milczał, nie upominał się Książę, bo nie po nagrodę on przychodził, ale po swój obowiązek. Zaraz przecie postarał się Napoleon zaznaczyć swoją wdzięczność. Dekretem z końca czerwca 1813 r., w rozwinięciu nowej organizacji przywiedzionego mu wojska polskiego jako VIII korpusu armji francuskiej, wyznaczył ks. Józefowi jako wodzowi tego korpusu „tę samą rangę, co marszałkom" Francji. Odtąd aż do samego końca utrzymywał z nim wprost ożywioną korespondencję bezpośrednią; w sierpniu rozważał piękny memorjał polityczny Bignona o Polsce, niezawodnie z jego natchnienia.
Tymczasem korpus polski krótkiego tylko na schyłku lata zażywał spoczynku. Z chwilą upłynięcia rozejmu Austrja, ukończywszy swoje zbrojenia, zrzuciła maskę i przeszła do koalicji. Wczorajszy „obrońca" Księstwa, Schwarzenberg, objął dowództwo naczelne nad połączoną armją koalicyjną. Niezwłocznie od połowy sierpnia podjęte zostały napowrót kroki nieprzyjacielskie. Znowuż stanął ks. Józef jak zwykle na najbardziej narażonym posterunku. Już w początku września uczestniczył w większej, bardzo gwałtownej, potyczce pod Lobau. Bronił najpierw w straży przedniej wąwozów czeskich przeciw świeżym masom wojsk austrjackich, debuszującym do Saksonji. Następnie, pod koniec września i początek października, w ustawicznych, coraz ostrzejszych a przeważnie pomyślnych, utarczkach wstrzymywał ich pochód w arjergardzie, odstępując krok za krokiem, a po kilkakroć nagłym naprzód rzutem boleśnie zarywając przeciwnika i utrzymując go w respekcie. W takiej postawie zwolna ściągnął na Lipsk.
Tutaj pod Lipskiem zamykała się nareszcie żelazna obręcz koalicyjna dokoła opuszczonego przez swoją gwiazdę Napoleona. Tutaj miały zdecydować się losy świata w wielkiej bitwie narodów. Poniatowski ze swoim korpusem stanął na prawem południowem skrzydle bojowego półkola, zatoczonego przez osaczoną armję francuską, oparty o błotniste łożyska Pleissy i Elstery, a narażony na najgroźniejsze uderzenie nadciągającej od Czech dwój cesarskiej potęgi. Już 12 października w forpocztowem starciu, sam szarżując na czele pułku III ułanów, został lekko ranny w rękę piką. W przededniu pierwszej walnej bitwy lipskiej, 15 października zrana, przybył Napoleon na prawe skrzydło i obwieścił armji, że mianuje Poniatowskiego marszałkiem Francji. W biuletynie z tegoż dnia wyrażone zostało, iż Książę dotychczas „we wszystkich bitwach okrył się chwałą". Wojsko wystąpiło pod broń dla wysłuchania rozkazu dziennego o nominacji. Wszystkie sztaby, złączone w deputacji, stawiły się przed Księciem, by powinszować mu buławy marszałkowskiej, niebywałego dotychczas dla cudzoziemca zaszczytu. Czemże jednak dla niego w takiej chwili mógł być zaszczyt podobny? Przyjął łaskę cesarską z powinna wdzięcznością, lecz zresztą z obojętnością zupełną. W pismach i raportach z kilku następnych, policzonych już dni życia po dawnemu podpisywał się poprostu: generał-wódz naczelny korpusu VIII. Zaraz nazajutrz, 16 października, wystawiony był na straszliwą próbę ogniową i zniósł ją z nieporuszonym spokojem, wyszedł z niej bez drgnięcia, z nadspodziewanym nawet sukcesem. W nierównych całodziennych zapasach, pod naporem ataków frontowych, ponawianych od świtu do wieczora głównie ze strony Austrjaków, nie ustąpił ani na piędź, utrzymał się na stanowisku, generała austrjackiego wziął do niewoli. Ale straty poniósł znaczne, tym dotkliwsze wobec liczebnej przeciwnika przewagi i 'sam został ranny kulą karabinową. 17 października był dniem spoczynku. Z tego dnia mamy jeszcze zachowane ostatnie pismo Księcia, z pola bitwy raport o sukcesie wczorajszym, proste, ścisłe, cechowane spokojną, przedśmiertną, powagą: „Nieprzyjaciel nie zdobył ani piędzi terenu,... wojsko okazało zapał i wytrzymałość godne podziwu", ale — dodaje — „straciłem ludzi i nie mam amunicji."
Nazajutrz nastąpił dzień bitwy krytyczny, dla korpusu polskiego najgorętszy. Znów walka zawrzała od samego świtu. Tym razem atakowały z tej strony głównie kolumny związkowe pruskie. Poniatowski przeciw dziesięciokrotnej przewadze, broniąc klucza swojej pozycji, wsi Probstheidy, swoim zwyczajem prowadził osobiście w ogień po kolei bataljony dywizji Izydora Krasińskiego. Cesarz Aleksander z sąsiedniego pagórka przyglądał się tym nadludzkim wysiłkom i widokiem naocznym utwierdził w sobie szacunek dla takiego przeciwnika i sprawy przez niego wyobrażanej. Ale bo też, w rzeczy samej, nie Probstheidę saską zdobywał tutaj krwią swoją ks. Józef: zdo-bywał Warszawę przyszłego Królestwa Polskiego w obliczu przyszłego jego monarchy. Utrzymał się raz jeszcze na eksponowanem niezmiernie stanowisku, ale ze stratą ogromną, niepowetowaną, w ludziach i ładunkach. A tu tymczasem tego samego dnia na polu bitwy przeszli do nieprzyjaciela Sasi; a tu nadciągnęły świeże nieprzyjacielskie rezerwy Bliichera i Bernadotta. Szale przechyliły się ostatecznie na stronę koalicji. Dalsza walka stawała się wręcz beznadziejną. Wieczorem wydał Napoleon rozkaz do odwrotu. Rozpoczął się tejże nocy ten odwrót fatalny, utrudniony nadzwyczajnie przez groblę długą, półmilową, wąską, poprzez ośm mostów, rzuconych na błotniste koryta Pleissy, Elstery i ich odnóg, których płytkie zwykle wody, teraz podniesione jesienną powodzią, wystąpiły z brzegów7, tocząc się brudnym, spienionym i rwistym nurtem. Cisnęła się tą groblą, niby przez drugą Berezynę, zwarta masa cofającej się armji, artylerja, piechota, bagaże, ambulanse, jazda. Po drugiej stronie, jak zwykle, straż tylną pod czuwającym noc całą Poniatowskim trzymali Polacy.
Wstał zimny, wietrzny, pochmurny, ranek 19 października. Siwa, gęsta mgła podnosiła się z bagnistego nadrzecza, rozkładała po ogromnej równinie, przesycała oparami świeżej krwi, łączyła z mżącym gdzieniegdzie, przejmującym do szpiku, jesiennym deszczem, z dymem palących się przedmieść lipskich i nieustających salw armatnich i karabinowych, tak gęsta, że o kilkadziesiąt kroków trudno było widzieć. Już cała prawie armja na drugą stronę przeszła, kiedy wtem, po 11 zrana, przedwcześnie wysadzony został w powietrze przez saperów francuskich most na Pleissie. Ks. Józef, mając przy sobie kilkuset ledwo ludzi, nagle został odcięty. Wycofywał się on właśnie z zachodniego przedmieścia lipskiego, Borny, na czele szczupłej eskorty kirasjerów i krakusów, szarżując raz po razie nacierających rojami tyraljerów nieprzyjacielskich. Wtedy po raz trzeci otrzymał postrzał w rękę, lecz, owinąwszy ją chustką, na koniu pozostał. Otaczający go sztab, generałowie Małachowski, Grabowski i inni, wobec odciętego odwrotu i niemożności dłuższej obrony, błagali go, aby się poddał, osobę swoją dla kraju zachował. On nie słuchał. Oczy miał krwią nabiegłe, twarz nienaturalnym pałającą rumieńcem, znużony był, wyczerpany śmiertelnie, osłabiony od ran, zgorączkowany, nawpól przytomny; odpowiadał na wszystko: ,,Trzeba umrzeć mężnie", U fant mourir en brave. Rzucił się wpław do Pleissy, ale już koniem kierować niezdolny, porwany był siłą prądu. Wpadł za nim do rzeki młody kapitan francuski, Bléchamp, w chwili gdy uwalniał się od tonącego konia i wydobył na brzeg przeciwny. Ruszył Książę dalej pieszo do Elstery przez błotniste ogrody, już wszędy napełnione tyraljerką nieprzyjacielską. Tutaj po raz czwarty odebrał kulę w bok; słaniając się, padł w objęcia paru, dotrzymujących mu jeszcze kroku, oficerów. Po chwili odzyskał przytomność, dosiadł z trudnością podanego świeżego konia, ale chwiał się na siodle. Ociekał krwią, był już zapewne ranny śmiertelnie, śmierć miał w spojrzeniu i wyrazie; ale na ponawiane błagania towarzyszów nie odpowiadał już wcale, tylko coś z gniewnem uniesieniem mówił bez związku o Polsce i o honorze. Wtem, na widok nadbiegającej nieprzyjacielskiej piechoty, porwał się raptem sił ostatkiem i skoczył z koniem do Elstery. Tu ostatnią kulę odbiera w lewą pierś, przeszyty na wylot, osuwa się z konia i po krótkiem pasowaniu się — znika pod wodą.
Tak żył i umarł książę Józef Poniatowski.
![]()