Najpierw było cicho i ciemno. Gdy Ryżewski otworzył oczy zobaczył, że jest całkiem jasno, w oddali słychać było jakby szelest drobniutkich listków na wietrze, Ryżewskiemu skojarzył się ten szum z dźwiękiem tysięcy motyli ulatujących w niebo. To dziwne pomyślał i spróbował się poruszyć, niestety bez rezultatu… wtedy obrócił same oczy i zobaczył siedzącą nieopodal postać. Nieznajomy przysiadł na rozbitej lawecie armaty. Ryżewski wysilał wzrok aby mu się przyjrzeć, ale niewiele zobaczył poza półprofilem, nieznajomy choć było ciepło siedział zawinięty w czarny płaszcz. Obcy lekko obrócił głowę w kierunku porucznika. Teraz Ryżewski widział jego profil, nieznajomy bowiem patrzył gdzieś w bok i tylko zapewne katem oka mógł widzieć porucznika. Gdy Ryżewski zaczął się baczniej przypatrywać tej postaci nieznajomy nadal nie patrząc na porucznika odezwał się pierwszy:
- Oto i nasz porucznik! Witam Panie Ryżewski!
- Wody…. Gdzie ja jestem… co to było, ….nic nie pamiętam…- powiedział Ryżewski choć miał wrażenie, że nawet ust nie otworzył, że te słowa wyszły jakoś tak inaczej, jakby były tylko pomyślane.
- Ha! Dobre pytanie! Była wielka bitwa, a ty w niej szarżowałeś Mości Ryżewski! -Obcy powiedział to tak jakby opisywał swoje charty atakujące zwierzynę. - A teraz leżysz tu, na pobojowisku… Dodał tonem już zupełnie innym.
- Bitwa –powiedział czy raczej pomyślał porucznik – a więc jesteś Panie medykiem… proszę pomóż mi, daj mi wody…
- Nie jestem medykiem, nie mam wody, zresztą woda zupełnie nie jest ci potrzebna…
- Kim więc jesteś, skoro nie medykiem i nie masz wody? Chyba nie moim aniołem stróżem, bo ten by mi pomógł, raczej Aniołem Śmierci skoro nie chcesz mi dać wody!
-Nie jestem twoim aniołem stróżem i nawet nie wiem gdzie on teraz jest, ale przyszedłem ci pomóc, właściwie to przyszedłem po ciebie…
- Kim więc jesteś?
- Różnie mnie nazywają, dla ciebie mogę być Thanatosem.
- Thanatos !– Thanatos… - powtórzył Porucznik przypominając sobie lekcje języków klasycznych jakie był odebrał w konwencie.
- A więc jesteś Śmiercią – powiedział Ryżewski i zaczął się wpatrywać w tą dziwną postać, a ta się wreszcie poruszyła. Nieznajomy odwrócił się do Ryżewskiego i spojrzał mu w oczy. Dopiero teraz porucznik zauważył, że to co pierwotnie wydało mu się czarnym płaszczem było wielkimi czarnymi skrzydłami pokrytymi błyszczącymi piórami.
-A może raczej jesteś Samaelem?!
- E, Możesz mnie tak nazywać choć wolę jednak imię Thanatos.
Ryżewski poruszył się zaintrygowany – Jesteś aniołem śmierci, a ja żyję – dziwne. Czegoś tu chyba nie rozumiem.
- Och to proste, - powiedział Thantos znowu patrząc gdzieś w dal – Próbowałem ci to powiedzieć już na początku, ale ty ciągle tylko - Wody! i Wody! Była bitwa –tak? Ryżewski kiwnął głową i od razu dopytał:
- Wygraliśmy?
- Dla ciebie to już nie ma znaczenia –odparł sucho Thanatos i ciągnął swój wywód dalej:
- Szarżowałeś – tak? Tak – odpowiedział Ryżewski chyba z siedem razy… - Osiem, doprecyzował mu tamten – osiem, to w ósmej szarży padłeś. Na twarzy Porucznika odmalowało się wielkie zdziwienie które Thantos od razu wyczuł nawet nie patrząc na Ryżewskiego.
- No tak, zostałeś ranny, ciężko ranny…
- Co? Ja? Jak? – przecież ja nic nie czuję! – Prawie wykrzyknął Ryżewski na tyle na ile mu jego stan pozwalał, kręcąc się i próbując znaleźć jakąś ranę na ciele.
-Przestań się kręcić! – zganił go Thanatos – chyba, że chcesz się szybciej wykrwawić! A to proszę bardzo! Powiedziałem ci, że jesteś ciężko ranny i niewiele ci już zostało, a ja mam jeszcze ochotę na pogawędkę, mam do ciebie kilka pytań…
- Tak ? - Ryżewski uspokoił się wyraźnie zainteresowany słowami tamtego.- Ile mi zostało?
-O to zależy, w obecnych warunkach i przy waszej medycynie… może pól godziny, może kwadrans, oczywiście jak nie będziesz się rzucał. – Mówiąc te słowa Thanatos lekko się uśmiechnął.
- O co chcesz mnie zapytać? Czy to możliwe, że ja wiem coś czego ty nie wiesz? – Zapytał Ryżewski.
- O tak! – rzekł Thanatos – powiedz mi jak to jest, że wy ludzie, tak boicie się umrzeć, a jednocześnie robicie wszystko żeby to się stało. Po co wam te wojny, pojedynki na śmierć i życie, czy wyścigi na złamanie karku?
-Wiesz… - Zamyślił się Ryżewski- wojny no to różnie, my walczymy o Polskę, o Ojczyznę co ją nam zabrali…
- O Ojczyznę? – przerwał Thanatos – A co to jest Ojczyzna? Potrafisz to wytłumaczyć? A ty ją w ogóle pamiętasz? Ile to lat minęło kiedy ją opuściłeś?
- Ojczyzna, to … - tu Ryżewski zawahał się – Ojczyzna to Ojczyzna, ot co! A ty tego nie zrozumiesz!
-Rzeczywiście, nie rozumiem, zgodził się tamten. – A pojedynki?
-Pojedynki to sprawa honorowa. Honor to poważna sprawa trzeba go bronić, bo jak się ma plamę na honorze to gorzej niż śmierć, dlatego trzeba walczyć… - Ryżewski wyraźnie brnął w definicje z których mocny za bardzo nie był, choć ich materie wypełniały mu życie. Thanatos patrzył na niego z coraz większym zdziwieniem. – A wyścigi i inne samobójcze wygłupy?
- No wiesz! Żachnął się Ryżewski – nigdy się nie ścigałeś ? i co może powiesz, że konia nie masz!... – Anioł Śmierci spojrzał na niego z jeszcze większym zdziwieniem, a Ryżewski w tym momencie uświadomił sobie, że się trochę za bardzo zagalopował…
Przez chwilę zapanowała cisza. Thanatos wyraźnie starał się przemyśleć to co powiedział porucznik, a Ryżewski myślał czy to był jego ostatni wygłup za życia, czy pierwszy na tamtym świecie…
W tak dziwnej sytuacji pojawił się dźwięk. Powoli narastał, bo pojawił się z zupełnej ciszy. Był podobny do tykania zegara, ale nie takiego domowego, dużego stojącego, w szafie z kurantami, nie ten był, taki bardziej osobisty powiedziałbym, taki jaki nasz własny,kieszonkowy -jedyny niepowtarzalny. Ryżewski doskonale pamiętał ten dźwięk, codziennie przecież zanim przystąpił do nakręcania przykładał do ucha złotą kopertę zegarka, słuchał tykania, potem powoli otwierał kopertę i wkładał kluczyk w otwór w tarczy, poczym delikatnie nakręcał sprężynę – dziesięć obrotów. Wyjmował kluczyk, zamykał kopertę i znowu przykładał zegarek do ucha, aby jeszcze raz usłyszeć tykanie… Ten dźwięk, właśnie teraz stawał się coraz głośniejszy, powoli wypełniał głowę porucznika, ale nagle z oddali dołączył do niego zupełnie inny dźwięk, był to głos, głos ludzki, tak dobrze znajomy jak tykanie zegarka.
-Panie Poruczniku! Panie Poruczniku!!! To ja wachmistrz… - Usłyszał już całkiem wyraźnie Ryżewski. – Do zobaczenia, pewnie niedługo – powiedział inny głos zupełnie blisko, jakby do ucha, musnął piórami policzek porucznika zaszeleścił i znikł.
-Panie Rotmistrzu! Panie Rotmistrzu! Melduję posłusznie, że go znaleźliśmy… znaczy się porucznika Ryżewskiego znaleźliśmy, już go taki jeden zaczął rabować, nawet nie poczekał, żywego biedaczka rabował! Ale my nadbiegli i uratowali i porucznika i jego zegarek co to ….
-Żyw? Ostro przerwał rotmistrz potok słów szczęśliwego żołnierza.
- Jeszcze dycha! Ale kiepsko z nim! Chirurg prędko potrzebny… Prawie krzyczał Wachmistrz.
-Wody, wody…
Z podziękowaniem za konsultacje medyczne dla
Sztabschirurga - Pani Profesor Marii Turos